czwartek, 13 czerwca 2013

Przetańczyć chcę całą noc!

Cześć!

Chciałabym się z Wami podzielić wrażeniami z pewnej, niesamowitej imprezy, w której miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w ubiegłą sobotę :) Impreza nazywała się "Manufaktura Kobiecości", a organizowana była przez warszawską szkołę tańca Akademia Tańca M&I Sulewscy.

Taniec jest dla mnie właśnie tą formą ruchu, która najbardziej mi odpowiada. Siłownia, fitness czy bieganie najzwyczajniej w świecie mnie nudzą, męczą i nie sprawiają przyjemności. Chciałabym chodzić na basen, ale niestety jedyny styl pływania jaki mi wychodzi jest to tzw. tyłkiem do dna, więc na pływalni mnie nie ujrzycie. Tak, taniec to jest to :) Zaczynałam już od lat szczenięcych (amatorsko i dla czystej przyjemności), do tej pory pamiętam jak czatowałam przy MTV i VIVIE (jeszcze w czasach kiedy obie stacje puszczały teledyski, ale nie durne reality shows) i nagrywałam ulubione teledyski, żeby potem w pocie czoła odwzorowywać efektowne choreografie. To były czasy... Potem nieco z tego wyrosłam, poza tym studia i praca pochłaniały większą część mojego czasu i energii, ale gdzieś ta miłość do tańca pozostała i tak pięć lat temu zaczęłam regularnie uczęszczać na zajęcia, z przyczyn zdrowotnych miałam roczną przerwę, ale od ponad trzech lat, nie ma tygodnia bym nie stawiła się na zajęcia gotowa popląsać po parkiecie :) Uwielbiam to uczucie kiedy umordowana całym tygodniem pracy zmuszam moje ciało do wygibasów, na początku jest opór i ból, a potem czuję jak endorfiny rozchodzą się po całym moim ciele i wszystkie zmartwienia ulatują, chociaż na te 1,5 godziny :) Wiecie jakie to uczucie? Wspaniałe!

Tyle tytułem wstępu :)

źródło: www.akdemiatanca.pl 

Ubiegłotygodniowa "Manufaktura ..." była już drugą edycją tej imprezy, pierwsza miała miejsce w marcu i oferowała takie atrakcje jak ladies style (choreografia z krzesłami do muzyki z Moulin Rouge) czy joga dźwięku (po prostu odpłynęłam w nieznane rejonu mojego umysłu). Tym razem organizatorzy zapewnili uczestniczkom niezwykłą mieszankę warsztatów.

Na pierwszy ogień 1,5 godziny z ognistą salsą cubaną solo z niesamowitym prowadzącym, dawno nie spotkałam tak pozytywnie zakręconej osoby. I te rytmy! Dziewczyny, pupsko i stopy same rwały się do tańca, cieszę się, że miałyśmy też elementy rumby kubańskiej i mambo. Bawiłam się świetnie, a moje biodra pokochały te ruchy, nawet nie przypuszczałam, że salsa może być tak energetyczna, dynamiczna i do tego  seksowna. Dosłownie szał ciał! Wyobrażam sobie co się musi dziać kiedy tańczą Kubańczycy, energia w czystej postaci :) Oczywiście te i owe ruchy nie wychodziły mi tak idealnie jakbym sobie tego życzyła, ale zabawa była przednia i powiem Wam tak: ja chcę jeszcze raz!!

Potem dla uspokojenia ciała (i nie tylko ;P) odbył się warsztat z coachem o intrygującym tytule "Szczęście na okrągło". Prowadzący zajęcia, Pan Wojtek, okazał się również niesamowicie pozytywną osobą, prowadził warsztat bardzo ciekawie, nawet nie wiem kiedy minęło to 1,5 godziny. Warsztat był bardzo inspirujący, dzięki ciekawemu podejściu do tematu, nie było mowy o klasycznym pitu pitu, typu spójrz codziennie w lustro i się do siebie uśmiechnij a będziesz szczęśliwa. Nie, Pan Wojtek pokazał, że szczęście to codzienna praca nad swoimi przyzwyczajeniami, stylem życia, zachowaniami, pokazał jakie emocje zbliżają nas do upragnionego stanu szczęścia, a jakie je w nas zabijają, skupił się również na schematach, które wtłaczane w nas od małego, powodują że sami wpędzamy się w błędne koło i oddalamy od szczęścia, często nawet o tym nie wiedząc. Niezwykle inspirujące zajęcia i wyniosłam z nich naprawdę bardzo wiele :)

A na deser, warsztat z tańca hula! Nawet nie wiem co napisać! Od zawsze myślałam o tym tańcu dosyć stereotypowo, no wiecie, kwiatki, spódniczka z ratafii i kokoski na biuście :D Jakże się myliłam! Taniec hula ma z tym obrazkiem raczej niewiele wspólnego, a okazał się pięknym, niezwykle harmonijnym tańcem, ale też wcale nie takim prostym. Urzekło mnie w nim wszystko, od muzyki, ruchów, opowiadanej za jego pomocą historii, po jego subtelność i kobiecość. Jest to taniec niezwykle wdzięczny, mimo że technicznie ciężki, to jednocześnie relaksujący i ładujący niezwykłą energią. Jestem pewna, że na tym jednym warsztacie się nie skończy i jeśli tylko będę miała okazję zapisać się na pełnowymiarowy kurs na pewno to zrobię :)

To były rewelacyjne zajęcia, wyszłam z nich fizycznie zmęczona, ale wręcz nabuzowana energią, coś niesamowitego, dawno nie doznałam czegoś takiego, uśmiech nie schodził mi z twarzy do momentu kiedy nie złożyłam swojej główki na poduszce :) Na pewno była to zasługa świetnie dobranych warsztatów, tak różnorodnych, że nie sposób było nie być zainteresowanym, do tego niesamowici prowadzący, ludzie z pasją i dobrą energią, chciałabym więcej takich ludzi spotykać w swoim życiu, naprawdę :)

Już nie mogę się doczekać kolejnej "Manufaktury ..." i gorąco polecam Wam tego typu imprezy. Na pewno dam Wam znać o kolejnej edycji :)

Pozdrawiam,
E.

7 komentarzy:

  1. Ooo ciekawa impreza ;) u mnie nic takiego we wro chyba nie organizują :/

    OdpowiedzUsuń
  2. Szczerze Ci zazdroszczę :) Też bym sobie potańczyła...

    OdpowiedzUsuń
  3. szkoda, że w mojej okolicy nie organizują czegoś takiego :)

    OdpowiedzUsuń
  4. o ile w standardach jestem kompletną pierdołą i nie mam nic z szlachetnej i dostojnej Zosi to całkiem nieźle odnajduje się w stylach latynoamerykańskich gdzie aż kipi energią i mogę bezkarnie używać bioder. Tańczyłam, bardzo to lubiłam a potem przerzuciłam się na nowoczesny w 2 klasie liceum.

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetna impreza! Ja niestety z moimi bólami kręgosłupa nie nadaję się na tak intensywne tańce, 5 godzin mogłoby mnie zabić ;)

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za Wasze komentarze, każdy czytam, z każdego się cieszę i każdy kolejny to dla mnie motywacja do dalszego blogowania :)