Hej!
Na wstępie muzę Was przeprosić, za brak regularności w dodawaniu nowych postów, ale naprawdę trudno mi wrócić do regularnego pisania, tyle się dzieje, że czasami nie mam czasu na sen, a co dopiero mówić o blogowaniu :)
W każdym razie dzisiaj mam dla Was recenzję kosmetyku już chyba kultowego, mającego liczne grono zarówno zwolenniczek jak i przeciwniczek - Bourjois Rouge Edition Velvet. Jeśli jesteście ciekawi, do której z tych grup się zaliczam, to zapraszam Was do lektury dalszej części postu.
Pomadki Rouge Edition Velvet chyba nikomu nie są obce, ale gdyby jednak okazało się, że się mylę, śpieszę z informacją iż są to matowe pomadki w płynie, charakteryzujące się niesamowitą trwałością i nasyconymi kolorami. Prawda jest taka, że chciałam je wypróbować już dawno, jednak odstraszała mnie paleta barw składająca się z, jakby nie było pięknych, ale intensywnych odcieni różu i czerwieni, które na upartego można nosić codziennie, jednak ja szukałam czegoś mniej intensywnego i rzucającego się w oczy.
Bourjois chyba czytało mi w myślach, ponieważ wypuściło w ostatnim czasie 4 nowe odcienie REV w kolorach nude (od nr 09 do nr 12). Ale muszę Was w tym momencie ostrzec, że koło nude to one nie leżały, mimo to świetnie sprawdzają się na co dzień i nie są tak "żarówiaste" jak dotychczasowe kolory. W związku z tym nie było rady i przygarnęłam dwa kolory: nr 09 Happy Nude Year (ciepły róż z kroplą brzoskwini) i nr 10 Don't Pink of It! (chłodny, brudny, dosyć jasny róż).
Oba zamknięte są w ładnych, prostych i eleganckich opakowaniach oraz posiadają klasyczny, gąbeczkowy aplikator, który ładnie nadkłada produkt na usta. Konsystencja jest lekka, puszysta, taka piankowa, nie rozlewa się poza kontur ust. Dosyć szybko zasychają na najprawdziwszy mat, więc jeżeli szukacie matu idealnego koniecznie sięgnijcie po REV, będziecie zachwyceni. I przechodzimy do kulminacyjnego punktu programu - trwałości. Cóż mogę powiedzieć? Te pomadki są wprost nie do zdarcia! Nie wiem jak to jest możliwe, ale jednak tak jest, przetrwają picie, jedzenie i plotkowanie. Dla mnie to coś niesamowitego, ponieważ do tej pory nie spotkałam się z tak trwałym produktem do ust. Podzielam wszystkie zachwyty nad tym kosmetykiem i nie wiem jak mogłam bez niego funkcjonować :)
Znajduję w REV jedną... no dobrze, niech będzie... trzy wady. Pierwsza to oczywiście cena, ale z tym możemy sobie poradzić czekając na 40% obniżki w drogeriach lub kupując przez internet. Druga to fakt, że wysusza usta, ale odpowiednia ich pielęgnacja spowoduje, że uchronimy się od doprowadzenia ich do ruiny :) Trzecia, i przeszkadzająca mi najbardziej, to zapach pomadki, jest jakiś dziwny, chemiczny, mdlący, do niczego niepodobny. Całe szczęście, że szybko się ulatnia.
REV porównywane są często do matowych pomadek NYX Soft Matte Lip Cream i muszę przyznać, że nie można im odmówić podobieństwa. Mają podobną konsystencję i wykończenie, chociaż NYX jest bardziej satynowy. Osobiście polecam oba produkty, za NYX-em przemawia cena, paleta kolorów i to, że zdecydowanie mniej wysusza usta, za to REV przebija o głowę Soft Matte Lip Crem po względem trwałości. Ja wybieram oba produkty, a Wy?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NYX. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NYX. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 29 marca 2015
niedziela, 5 stycznia 2014
The Very Best Of..., czyli subiektywny przegląd 2013 roku
Hej!
Tak, wiem, że zapewne wiele z Was ma już po kokardę wszelkich podsumowań, rankingów, ulubieńców, bubli etc. Ja osobiście uważam, że takie podsumowania są bardzo przydatne i praktyczne, czasami wcale nie jest łatwo odnaleźć w gąszczu postów te, które zawierają recenzje ulubionych kosmetyków, a posty o ulubieńcach zbierają wszystko w "pigułkę" :)
Chciałam wybrać dosłownie garstkę kosmetyków, bez których nie mogłam się obejść w minionym roku, okazało się, że jest ich więcej niż przypuszczałam. Większość kosmetyków była już recenzowana na blogu, więc znajdziecie przy nich linka do odpowiedniego postu.
Ciekawa jestem czy któryś z moich ulubieńców, jest również Waszym numerem jeden :D To lecimy!
1. Cetaphil, łagodna emulsja micelarna do mycia - zdecydowanie tegoroczne odkrycie w kwestii oczyszczania twarzy. Po wielu próbach i błędach w końcu znalazłam produkt, który jednocześnie oczyszcza i pielęgnuje moją skórę. Dodatkowy plus za niesamowitą wydajność. (recenzja)
2. MIXA Krem CC+, krem łagodzący SPF 15 przeciw zaczerwienieniom - naprawdę myślałam, że na moje wiecznie czerwone poliki już nic nie zadziała, do momentu kiedy na naszym rynku pojawiła się francuska marka Mixa, ze swoim szeroko reklamowanym kremem CC+. Przejadły mi się wszelkie BB, dlatego pierwotnie do propozycji MIXY podeszłam negatywnie, ostatecznie krem okazał się strzałem w dziesiątkę, a na potwierdzenie powyższego zdradzę Wam w sekrecie, że wczoraj zakupiłam kolejną tubkę, co w przypadku kremu do twarzy zdarza mi się niezmiernie rzadko, żeby nie powiedzieć wcale. (recenczja)
3. Farmona, Sweet Secret, zestaw balsam do ciała + cukrowy peeling o zapachu Korzennych Pierniczków z Lukrem - świetny duet o zniewalającym zapachu najprawdziwszych pierniczków polnych cudownie słodkim lukrem. Mówię Wam, czysta poezja. Jeśli chodzi o walory pielęgnacyjne to balsam jest dla mnie nieco za lekki, ładnie nawilża, ale moja sucha skóra potrzebuje jednak cięższej konsystencji. Peeling dobrze ściera i wygładza, ze zwykłej kąpieli robi prawdziwą ucztę dla zmysłów. I żeby te produkty były najgorszymi na świecie (na szczęście nie są), zapach sprawi że wybaczę im wszystkie niedostatki :D
4. Lush, Catastrophe Cosmetic, maseczka do twarzy - absolutny hit, nic, ale to naprawdę nic tak nie oczyszczało, wygładzało i matowiło mojej cery jak to szare, średnio pachnące cudo. Do tej pory nie mogę odżałować, że moja przygoda z tym cudem skończyła się na jednym opakowaniu. Jak tylko napotkam Lush na mojej drodze, zaopatrzę się w odpowiedni zapas tej maseczki, mam nadzieję, ze można ją zamrozić. (recenzja)
5. Pat&Rub, balsamy do rąk - na zdjęciu reprezentowane przez balsam z serii Otulającej. Przez moje ręce przewinęło się wiele kremów do rąk, ale to właśnie z P&R dogadały się najlepiej, odkąd je stosuję, moje dłonie są gładkie, miękkie i mniej skore do podrażnień. Na blogu recenzowałam wersję rewitalizującą, która wg mnie jest nieco lżejsza do wersji Otulającej, która jak dla mnie jest bardziej treściwa, a co za tym idzie, lepsza na okres jesienno-zimowy. (recenzja)
1. NYX, Rozświetlacz do twarzy i ciała, kol. IBB02 Chaotic - marka NYX, to moje zeszłoroczne odkrycie, ma świetne jakościowo kosmetyki w naprawdę przyjaznych cenach. Prezentowany rozświetlacz spełnia się również w roli różu, dzięki czemu świetnie sprawdza się w szybkim, porannym makijażu. Ma cudowny kolor, który łączy w sobie w proporcjach idealnych odcienie różu, moreli i złota, pozostawia na skórze idealną mgłę koloru i światła. Ostatnio użyłam go do makijażu do zdjęcia do dowodu i bardzo podobał mi się efekt jaki był widoczny na zdjęciu - jak z okładki, i przez kolejne 10 lat nie będę musiała się wstydzić pokazywać dowodu :) Jest trwały, wytrzymuje na twarzy cały dzień.
2. Revlon, podkład Colorstay, w kol. 180 (do cery tłustej i mieszanej) - zakup przypadkowy, nie planowany, z którego zrodziła się ogromna miłość. Świetnie matuje, trzyma się cały dzień, nie robi efektu maski, ponadto nie uczulił, nie podrażnił i nie spowodował wysypu niechcianych gości na twarzy. (recenzja)
3. Biochemia Urodu, Puder Bambusowy - bez niego nie wyobrażam sobie swojego codziennego makijażu. Dobrze matuje, zmiękcza rysy, nie bieli twarzy. Wklepany dużym pędzlem w strefę T pozostawia ją matową na wiele godzin. A żeby tego było mało kosztuje grosze i jest niesamowicie wydajny. (recenzja)
4. ArtDeco, Glam Deluxe Blusher - z tego co pamiętam, to ten róż znalazł się również w zeszłorocznych ulubieńcach. Kolejne połączenie różu i rozświetlacza, ale bardziej delikatne i subtelne niż wspomniany NYX. (recenzja)
5. Maybelline NY, Dream Lumi Touch, rozświetlający korektor pod oczy - lubię go gównie za lekką konsystencję i niezłe krycie, co prawda zdarza mu się wchodzić w załamania, ale wystarczy do dobrze rozprowadzić, aby tego uniknąć. Nie wysusza, nie podrażnia, jest bardzo wydajny. Niestety nie wiem jaki mam numer, nie pamiętam i nie mogę znaleźć tej informacji na opakowaniu :(
1. Sleek, Vintage Romance Palette, paleta cieni do oczu - to moja pierwsza paletka ze Sleek'a i od razu narodziła się między nami ogromna miłość. Uwielbiam ją za zestawienie kolorów (brązy, fiolety, śliwki), cienie mają świetną konsystencję, taką kremowo-pudrową, o pigmentacji nie wspominając, kapitalnie się blendują, wykonywanie nią makijażu to czysta przyjemność. Myślę o zakupie kolejnych palet Sleek'a :)
2. Lovely, Pump Up Mascara - największe zaskoczenie zeszłego roku. Nie lubię tuszy z silikonowymi szczoteczkami, odczuwam dyskomfort podczas ich używania, ponieważ ich włoski kują mnie w powieki. Ale potrzebowałam nowego tuszu, budżet miałam uszczuplony, więc pomna na blogerskie zachwyty sięgnęłam po niepozorną żółto-niebieską maskarę. Tusz jest rewelacyjny, świetnie rozczesuje, ładnie wydłuża i lekko podkręca rzęsy, są bardzo naturalne. Dla mnie efekt bomba. Jedyna wada, to że szybko wysycha. Tak się z tym tuszem polubiłam, że mam już 3 lub 4 opakowanie, dokładnie nie pamiętam :)
3. MAC, Pressed Pigment, w kol. Rock Candy - pierwszy produkt MAC z jakim miaałam do czynienia. Lubię za trwałość i migoczący efekt na powiekach. I za to, że nie zużyję go chyba do końca swoich dni :) (recenzja)
4. Myybelline, Color Tatoo, w kol On-And-On-Bronze i Eternal-Silver - z tatuażami od MNY mam nie lada problem, z bielą, turkusem i fioletem się nie lubię, ale już z metalicznym brązem i ze srebrem lubię się i to nawet bardzo. Dobrze się nakładają i stanowią świetną bazę pod sypkie pigmenty Inglota. Na bazie są nie do zdarcia.
5. DAX Cosmetics, Cashmere, baza pod cienie - świetny zamiennik dla bazy ArtDeco. Początkowo bardzo jej nie lubiłam, odłożyłam i wróciłam do niej po czasie i wtedy okazało się, że jest rewelacyjna. Świetnie podbija kolor cieni oraz przedłuża ich trwałość wzorowo.
1. Maybelline, Color Sensational Shine Gloss - uwielbaam z lekką, nieklejącą formułę, za soczyste odcienie i piękny połysk. (recenzja)
2. Pupa Milano, Shine Lip Gloss, Pupa Princess, szminka w płynie - absolutny ulubieniec ostatnich miesięcy, wg mnie najlepszy produkt w świątecznej kolekcji Pupy. Trwała, kryjąca i lekka formuła, przepiękny odcień brudnego, zgaszonego różu, do tego piękny połysk. Idealna do codziennego makijażu.
Uff, to dotarłam do końca, mam nadzieję, że Wy także :) I co myślicie o moich tegorocznych ulubieńcach?
Tak, wiem, że zapewne wiele z Was ma już po kokardę wszelkich podsumowań, rankingów, ulubieńców, bubli etc. Ja osobiście uważam, że takie podsumowania są bardzo przydatne i praktyczne, czasami wcale nie jest łatwo odnaleźć w gąszczu postów te, które zawierają recenzje ulubionych kosmetyków, a posty o ulubieńcach zbierają wszystko w "pigułkę" :)
Chciałam wybrać dosłownie garstkę kosmetyków, bez których nie mogłam się obejść w minionym roku, okazało się, że jest ich więcej niż przypuszczałam. Większość kosmetyków była już recenzowana na blogu, więc znajdziecie przy nich linka do odpowiedniego postu.
Ciekawa jestem czy któryś z moich ulubieńców, jest również Waszym numerem jeden :D To lecimy!
***** PIELĘGNACJA *****
1. Cetaphil, łagodna emulsja micelarna do mycia - zdecydowanie tegoroczne odkrycie w kwestii oczyszczania twarzy. Po wielu próbach i błędach w końcu znalazłam produkt, który jednocześnie oczyszcza i pielęgnuje moją skórę. Dodatkowy plus za niesamowitą wydajność. (recenzja)
2. MIXA Krem CC+, krem łagodzący SPF 15 przeciw zaczerwienieniom - naprawdę myślałam, że na moje wiecznie czerwone poliki już nic nie zadziała, do momentu kiedy na naszym rynku pojawiła się francuska marka Mixa, ze swoim szeroko reklamowanym kremem CC+. Przejadły mi się wszelkie BB, dlatego pierwotnie do propozycji MIXY podeszłam negatywnie, ostatecznie krem okazał się strzałem w dziesiątkę, a na potwierdzenie powyższego zdradzę Wam w sekrecie, że wczoraj zakupiłam kolejną tubkę, co w przypadku kremu do twarzy zdarza mi się niezmiernie rzadko, żeby nie powiedzieć wcale. (recenczja)
3. Farmona, Sweet Secret, zestaw balsam do ciała + cukrowy peeling o zapachu Korzennych Pierniczków z Lukrem - świetny duet o zniewalającym zapachu najprawdziwszych pierniczków polnych cudownie słodkim lukrem. Mówię Wam, czysta poezja. Jeśli chodzi o walory pielęgnacyjne to balsam jest dla mnie nieco za lekki, ładnie nawilża, ale moja sucha skóra potrzebuje jednak cięższej konsystencji. Peeling dobrze ściera i wygładza, ze zwykłej kąpieli robi prawdziwą ucztę dla zmysłów. I żeby te produkty były najgorszymi na świecie (na szczęście nie są), zapach sprawi że wybaczę im wszystkie niedostatki :D
4. Lush, Catastrophe Cosmetic, maseczka do twarzy - absolutny hit, nic, ale to naprawdę nic tak nie oczyszczało, wygładzało i matowiło mojej cery jak to szare, średnio pachnące cudo. Do tej pory nie mogę odżałować, że moja przygoda z tym cudem skończyła się na jednym opakowaniu. Jak tylko napotkam Lush na mojej drodze, zaopatrzę się w odpowiedni zapas tej maseczki, mam nadzieję, ze można ją zamrozić. (recenzja)
5. Pat&Rub, balsamy do rąk - na zdjęciu reprezentowane przez balsam z serii Otulającej. Przez moje ręce przewinęło się wiele kremów do rąk, ale to właśnie z P&R dogadały się najlepiej, odkąd je stosuję, moje dłonie są gładkie, miękkie i mniej skore do podrażnień. Na blogu recenzowałam wersję rewitalizującą, która wg mnie jest nieco lżejsza do wersji Otulającej, która jak dla mnie jest bardziej treściwa, a co za tym idzie, lepsza na okres jesienno-zimowy. (recenzja)
***** MAKIJAŻ *****
*** TWARZ ***
1. NYX, Rozświetlacz do twarzy i ciała, kol. IBB02 Chaotic - marka NYX, to moje zeszłoroczne odkrycie, ma świetne jakościowo kosmetyki w naprawdę przyjaznych cenach. Prezentowany rozświetlacz spełnia się również w roli różu, dzięki czemu świetnie sprawdza się w szybkim, porannym makijażu. Ma cudowny kolor, który łączy w sobie w proporcjach idealnych odcienie różu, moreli i złota, pozostawia na skórze idealną mgłę koloru i światła. Ostatnio użyłam go do makijażu do zdjęcia do dowodu i bardzo podobał mi się efekt jaki był widoczny na zdjęciu - jak z okładki, i przez kolejne 10 lat nie będę musiała się wstydzić pokazywać dowodu :) Jest trwały, wytrzymuje na twarzy cały dzień.
2. Revlon, podkład Colorstay, w kol. 180 (do cery tłustej i mieszanej) - zakup przypadkowy, nie planowany, z którego zrodziła się ogromna miłość. Świetnie matuje, trzyma się cały dzień, nie robi efektu maski, ponadto nie uczulił, nie podrażnił i nie spowodował wysypu niechcianych gości na twarzy. (recenzja)
3. Biochemia Urodu, Puder Bambusowy - bez niego nie wyobrażam sobie swojego codziennego makijażu. Dobrze matuje, zmiękcza rysy, nie bieli twarzy. Wklepany dużym pędzlem w strefę T pozostawia ją matową na wiele godzin. A żeby tego było mało kosztuje grosze i jest niesamowicie wydajny. (recenzja)
4. ArtDeco, Glam Deluxe Blusher - z tego co pamiętam, to ten róż znalazł się również w zeszłorocznych ulubieńcach. Kolejne połączenie różu i rozświetlacza, ale bardziej delikatne i subtelne niż wspomniany NYX. (recenzja)
5. Maybelline NY, Dream Lumi Touch, rozświetlający korektor pod oczy - lubię go gównie za lekką konsystencję i niezłe krycie, co prawda zdarza mu się wchodzić w załamania, ale wystarczy do dobrze rozprowadzić, aby tego uniknąć. Nie wysusza, nie podrażnia, jest bardzo wydajny. Niestety nie wiem jaki mam numer, nie pamiętam i nie mogę znaleźć tej informacji na opakowaniu :(
*** OCZY ***
1. Sleek, Vintage Romance Palette, paleta cieni do oczu - to moja pierwsza paletka ze Sleek'a i od razu narodziła się między nami ogromna miłość. Uwielbiam ją za zestawienie kolorów (brązy, fiolety, śliwki), cienie mają świetną konsystencję, taką kremowo-pudrową, o pigmentacji nie wspominając, kapitalnie się blendują, wykonywanie nią makijażu to czysta przyjemność. Myślę o zakupie kolejnych palet Sleek'a :)
2. Lovely, Pump Up Mascara - największe zaskoczenie zeszłego roku. Nie lubię tuszy z silikonowymi szczoteczkami, odczuwam dyskomfort podczas ich używania, ponieważ ich włoski kują mnie w powieki. Ale potrzebowałam nowego tuszu, budżet miałam uszczuplony, więc pomna na blogerskie zachwyty sięgnęłam po niepozorną żółto-niebieską maskarę. Tusz jest rewelacyjny, świetnie rozczesuje, ładnie wydłuża i lekko podkręca rzęsy, są bardzo naturalne. Dla mnie efekt bomba. Jedyna wada, to że szybko wysycha. Tak się z tym tuszem polubiłam, że mam już 3 lub 4 opakowanie, dokładnie nie pamiętam :)
3. MAC, Pressed Pigment, w kol. Rock Candy - pierwszy produkt MAC z jakim miaałam do czynienia. Lubię za trwałość i migoczący efekt na powiekach. I za to, że nie zużyję go chyba do końca swoich dni :) (recenzja)
4. Myybelline, Color Tatoo, w kol On-And-On-Bronze i Eternal-Silver - z tatuażami od MNY mam nie lada problem, z bielą, turkusem i fioletem się nie lubię, ale już z metalicznym brązem i ze srebrem lubię się i to nawet bardzo. Dobrze się nakładają i stanowią świetną bazę pod sypkie pigmenty Inglota. Na bazie są nie do zdarcia.
5. DAX Cosmetics, Cashmere, baza pod cienie - świetny zamiennik dla bazy ArtDeco. Początkowo bardzo jej nie lubiłam, odłożyłam i wróciłam do niej po czasie i wtedy okazało się, że jest rewelacyjna. Świetnie podbija kolor cieni oraz przedłuża ich trwałość wzorowo.
*** USTA ***
1. Maybelline, Color Sensational Shine Gloss - uwielbaam z lekką, nieklejącą formułę, za soczyste odcienie i piękny połysk. (recenzja)
2. Pupa Milano, Shine Lip Gloss, Pupa Princess, szminka w płynie - absolutny ulubieniec ostatnich miesięcy, wg mnie najlepszy produkt w świątecznej kolekcji Pupy. Trwała, kryjąca i lekka formuła, przepiękny odcień brudnego, zgaszonego różu, do tego piękny połysk. Idealna do codziennego makijażu.
Uff, to dotarłam do końca, mam nadzieję, że Wy także :) I co myślicie o moich tegorocznych ulubieńcach?
Etykiety:
ArtDeco,
Biochemia Urody,
Cetaphil,
Dax Cosmetics,
Farmona,
Lovely,
Lush,
MAC,
Maybelline,
Mixa,
NYX,
Pat&Rub,
Pupa Milano,
Revlon,
Sleek,
ulubieńcy
piątek, 8 listopada 2013
Garstka kolorowych nowości
I znów się będę chwalić, ale tak się złożyło, że w ostatni weekend trafiło w moje ręce kilka bardzo fajnych produktów, którymi chcę się z Wami podzielić.
Pierwsza z nich to nowość od Inglota - Rozświetlający Puder Sypki HD w odcieniu 44 (4,5 g - 40,00 zł). Rodzima marka powiększyła swój asortyment o nowe produkty: 3 nowe sypkie rozświetlacze oraz 4 nowe sypkie pudry do twarzy z serii HD, dzięki którym nasza cera zyska zdrowego blasku, a na zdjęciach czy filmach będziemy się prezentować niczym gwiazdy filmowe z nieskazitelną cerą. Skusiłam się na odcień nr 44 - jasny, ciepły beż.
Buszując po Blue City nie mogłam ominąć firmowego salonu NYX (to już chyba uzależnienie). Skusiłam się na paletę 5 pomadek do ust w neutralnych odcieniach, ponieważ jak się okazało moja kolekcja kosmetyków kolorowych do ust zawiera w sobie całą masę czerwieni, fuksji, korali i pomarańczy, a kiedy potrzebuję delikatnego podkreślenia ust nie mam w zanadrzu absolutnie niczego co mogłoby uznać za neutralne :) Ponadto odżyła moja miłość do fioletu w makijażu oka, sięgnęłam również po paletę 10 cieni wypełnioną po brzegi odcieniami różu, fioletu, czerni i nawet znalazło się miejsce na granat. Za każdą z paletek zapłaciłam 30 zł, z czego paletka pomadek była przeceniona o 20%, jej cena regularna to 37,90 zł.
Z nowymi produktami dopiero się zaznajamiam, a dzisiejszy i poprzedni post potraktujcie jako zapowiedzi tego, co w niedalekiej przyszłości znajdziecie na blogu :)
Czujecie się czymś zainteresowani?
Pierwsza z nich to nowość od Inglota - Rozświetlający Puder Sypki HD w odcieniu 44 (4,5 g - 40,00 zł). Rodzima marka powiększyła swój asortyment o nowe produkty: 3 nowe sypkie rozświetlacze oraz 4 nowe sypkie pudry do twarzy z serii HD, dzięki którym nasza cera zyska zdrowego blasku, a na zdjęciach czy filmach będziemy się prezentować niczym gwiazdy filmowe z nieskazitelną cerą. Skusiłam się na odcień nr 44 - jasny, ciepły beż.
Buszując po Blue City nie mogłam ominąć firmowego salonu NYX (to już chyba uzależnienie). Skusiłam się na paletę 5 pomadek do ust w neutralnych odcieniach, ponieważ jak się okazało moja kolekcja kosmetyków kolorowych do ust zawiera w sobie całą masę czerwieni, fuksji, korali i pomarańczy, a kiedy potrzebuję delikatnego podkreślenia ust nie mam w zanadrzu absolutnie niczego co mogłoby uznać za neutralne :) Ponadto odżyła moja miłość do fioletu w makijażu oka, sięgnęłam również po paletę 10 cieni wypełnioną po brzegi odcieniami różu, fioletu, czerni i nawet znalazło się miejsce na granat. Za każdą z paletek zapłaciłam 30 zł, z czego paletka pomadek była przeceniona o 20%, jej cena regularna to 37,90 zł.
Z nowymi produktami dopiero się zaznajamiam, a dzisiejszy i poprzedni post potraktujcie jako zapowiedzi tego, co w niedalekiej przyszłości znajdziecie na blogu :)
Czujecie się czymś zainteresowani?
sobota, 21 września 2013
Drobiazgi...
Hej!!!
Krótko, zwięźle i na temat, taka będzie dzisiejsza, późnowieczorna notka :) Planowałam spędzić dzisiejszy dzień w domu, relaksując się pod kocykiem z książką i/lub gazetą w jednej ręce i kubkiem herbaty w drugiej. Oczywiście plany wzięły w łeb i wybrałam się na zakupy, zupełnie spontaniczne i przyniosłam z nich kilka, niezwykle cieszących mnie drobiazgów :) Ponieważ miałam do wykorzystania kupon na 40 zł, odwiedziłam Douglasa. Początkowo miałam go spożytkować na jesienną kolekcję IsaDory - Color Chock, jednak lakierów do paznokci już nie było, a w błyszczyko-tintach wyglądałam wyjątkowo nietwarzowo i to w każdym z kolorów, bez wyjątku. W formie ciekawostki nadmienię tylko, że mają one ciekawą formułę, dają niezwykle nasycony, błyszczący kolor, są mocno kremowe i gęste, momentalnie przylegają do ust, co czyni je bardzo trwałymi, ledwo udało mi się je zetrzeć. Ponieważ pierwotne chciejstwa jednak nie znalazły się w koszyczku, zwróciłam się do stoiska z kosmetykami NYX i w przeciągu minuty wybrałam puder rozświetlający do twarzy i ciała łączący w sobie w sposób idealny odcienie różu, moreli i złota, kolor cudowny, pudru będę używać jako różu :) Później obrałam sobie za cel Inglota i tam skusiłam się na dwa sypkie pigmenty, w końcu postanowiłam się zmierzyć z tą formułą. Na początek wybrałam dwa odcienie: 180 - biały pyłek opalizujący na chłodny, bardzo jasny beż i 181 - mieszankę delikatnego bordo, chłodnego fioletu i odrobiny złota.
Jak Wam się podobają moje nowe drobiazgi?
Krótko, zwięźle i na temat, taka będzie dzisiejsza, późnowieczorna notka :) Planowałam spędzić dzisiejszy dzień w domu, relaksując się pod kocykiem z książką i/lub gazetą w jednej ręce i kubkiem herbaty w drugiej. Oczywiście plany wzięły w łeb i wybrałam się na zakupy, zupełnie spontaniczne i przyniosłam z nich kilka, niezwykle cieszących mnie drobiazgów :) Ponieważ miałam do wykorzystania kupon na 40 zł, odwiedziłam Douglasa. Początkowo miałam go spożytkować na jesienną kolekcję IsaDory - Color Chock, jednak lakierów do paznokci już nie było, a w błyszczyko-tintach wyglądałam wyjątkowo nietwarzowo i to w każdym z kolorów, bez wyjątku. W formie ciekawostki nadmienię tylko, że mają one ciekawą formułę, dają niezwykle nasycony, błyszczący kolor, są mocno kremowe i gęste, momentalnie przylegają do ust, co czyni je bardzo trwałymi, ledwo udało mi się je zetrzeć. Ponieważ pierwotne chciejstwa jednak nie znalazły się w koszyczku, zwróciłam się do stoiska z kosmetykami NYX i w przeciągu minuty wybrałam puder rozświetlający do twarzy i ciała łączący w sobie w sposób idealny odcienie różu, moreli i złota, kolor cudowny, pudru będę używać jako różu :) Później obrałam sobie za cel Inglota i tam skusiłam się na dwa sypkie pigmenty, w końcu postanowiłam się zmierzyć z tą formułą. Na początek wybrałam dwa odcienie: 180 - biały pyłek opalizujący na chłodny, bardzo jasny beż i 181 - mieszankę delikatnego bordo, chłodnego fioletu i odrobiny złota.
Jak Wam się podobają moje nowe drobiazgi?
sobota, 24 sierpnia 2013
To się nazywa błysk! - NYX Mega Shine Lip Gloss nr 160 (Tea Rose), nr 136 (Dolly Pink)
Cześć!
Kiedy przygotowywałam dzisiejszą notkę stwierdziłam, że w moim kosmetykoholiźmie mogę spokojnie rozróżnić kilka etapów. Pierwszy i zdecydowanie najdłuższy był etap cieni do powiek, kupowałam je w ilościach hurtowych, we wszystkich kolorach tęczy (no wiecie, nazwa bloga, jakby nie było zobowiązuje :D). Potem przyszedł etap krótki związany z podkładami zakończony znalezieniem ideału (tak, prawdę tego dokonałam :D). W tzw. międzyczasie dopadła mnie różowa obsesja, związana z faktem, że w moim własnym. skromnym mniemaniu, jako tako umiem posługiwać się różami i teraz eksperymentuję z kolorami, konsystencjami i wykończeniami. Ale ostatnim moim szaleństwem są wszelkiej maści mazidła do ust, ich kolekcja niebezpiecznie rośnie i to właśnie z tego powodu trafił do niej błyszczyk z jednej z moich ulubionych marek czyli NYX Mega Shine Lip Gloss w kol. nr 136 o nazwie Dolly Pink. Tak dobrze czytacie, jedna sztuka, wymieniony w tytule posta kol. nr 160 czyli Tea Rose jest prezentem sprawionym przeze mnie mojej Mamie, która w trakcie tworzenia niniejszej notki dzielnie odpowiadała na moje dociekliwe pytania i z chęcią oddała go do sfotografowania i zeswatchowania, żeby po zakończeniu tych czynności szybko capnąć go z powrotem do torebki w obawie, że jej go zabiorę :) Ale po tym nieco długim wstępie czas przejść do sedna.
Zacznę od tego, że kosmetyki NYX już nie są dostępne tylko w firmowym salonie w warszawskim CH Blue City, ale pojawiają się również w wyselekcjonowanych perfumeriach Douglas, ich liczba stale rośnie, a wszelkie informacje na ten temat znajdziecie na fanpage'u marki na FB.
Mega Shine Lip Gloss to sztandarowy produkt NYX dostępny w aż 50 kolorach. Uwierzcie mi, każda z Was znajdzie coś dla siebie: soczyste czerwienie, intensywne i słodkie róże, dyskretne odcienie nude. Stałam dobre kilkanaście minut zanim wybrałam coś dla siebie :)
Opakowanie jest bardzo proste i takie najbardziej lubię, smukłe, kwadratowe, z czarną nakrętką, która zamyka się na dodatkowe kliknięcie, nic się samo nie otworzy, nie wyskoczy. Napisy są bardzo trwałe, nie ścierają się podczas noszenia błyszczyka w torebce. Ale to nie wszystko, opakowanie posiada jeden, uroczy szczegół, który sprawił, że gęba cieszyła mi się od ucha do ucha, ale to zostawiam na deser :)
Aplikator to klasyczna gąbeczka, miękka, dosyć spora i lekko wygięta co zapewnia wygodne nakładanie błyszczyku na usta.
Konsystencja jest bardzo przyjemna, delikatnie kremowa, świetnie się aplikuje, nie spływa poza kontur ust. Daje uczucie nawilżenia, nie klei się (czego wprost nienawidzę) i generalnie nosi się bardzo komfortowo. A jak pachnie! Po prostu ślicznie :) Delikatnie i słodko, ja wyczuwam lekką nutkę wiśni :)
Mega Shine Lip Gloss, jak sama nazwa wskazuje, nadaje ustom mega połysk, ale nie są to słowa bynajmniej na wyrost, ponieważ faktycznie usta wyglądają jak polakierowane, błyszczą się szkliście, jak tafla. Przy tym są naprawdę bardzo trwałe, bez jedzenia i picia wytrzymują kilka godzin, oczywiście w tym czasie ich blask powoli znika, ale na ustach pozostaje subtelny kolor.
Dla mamy wybrałam kolor nr 160 (Tea Rose) i może sugeruję się nazwą, ale dla mnie to faktycznie taki herbaciany róż. Dyskretny, delikatny (żeby nie powiedzieć, że prawie niewidoczny), ładnie podkreśla usta. Mama jest z niego bardzo zadowolona. Sama natomiast sięgnęłam po intensywny, soczysty róż, czyli nr 160 o nazwie Dolly Pink (aparat tą intensywność oczywiście zeżarł :[ ), pozytywny i energetyczny kolor, na lato idealny, ale zimą też będę po niego sięgać :)
No to czas na swatche:
A teraz deser, o którym pisałam przy okazji opakowania, które z pozoru jest bardzo proste i bez fajerwerków. Otóż nie moje Panie, jak to mówią diabeł tkwi w szczegółach i w tym przypadku nie można się z tym nie zgodzić. Otóż nakrętki ozdobione są wytłoczoną, uroczą kokardką! Niby nic, ale mnie takie szczegóły ogromnie cieszą i niezwykle umilają korzystanie z kosmetyków :) Same powiedzcie, czy nie jest słodka?
Używałyście błyszczyków NYX?
Kiedy przygotowywałam dzisiejszą notkę stwierdziłam, że w moim kosmetykoholiźmie mogę spokojnie rozróżnić kilka etapów. Pierwszy i zdecydowanie najdłuższy był etap cieni do powiek, kupowałam je w ilościach hurtowych, we wszystkich kolorach tęczy (no wiecie, nazwa bloga, jakby nie było zobowiązuje :D). Potem przyszedł etap krótki związany z podkładami zakończony znalezieniem ideału (tak, prawdę tego dokonałam :D). W tzw. międzyczasie dopadła mnie różowa obsesja, związana z faktem, że w moim własnym. skromnym mniemaniu, jako tako umiem posługiwać się różami i teraz eksperymentuję z kolorami, konsystencjami i wykończeniami. Ale ostatnim moim szaleństwem są wszelkiej maści mazidła do ust, ich kolekcja niebezpiecznie rośnie i to właśnie z tego powodu trafił do niej błyszczyk z jednej z moich ulubionych marek czyli NYX Mega Shine Lip Gloss w kol. nr 136 o nazwie Dolly Pink. Tak dobrze czytacie, jedna sztuka, wymieniony w tytule posta kol. nr 160 czyli Tea Rose jest prezentem sprawionym przeze mnie mojej Mamie, która w trakcie tworzenia niniejszej notki dzielnie odpowiadała na moje dociekliwe pytania i z chęcią oddała go do sfotografowania i zeswatchowania, żeby po zakończeniu tych czynności szybko capnąć go z powrotem do torebki w obawie, że jej go zabiorę :) Ale po tym nieco długim wstępie czas przejść do sedna.
Zacznę od tego, że kosmetyki NYX już nie są dostępne tylko w firmowym salonie w warszawskim CH Blue City, ale pojawiają się również w wyselekcjonowanych perfumeriach Douglas, ich liczba stale rośnie, a wszelkie informacje na ten temat znajdziecie na fanpage'u marki na FB.
Mega Shine Lip Gloss to sztandarowy produkt NYX dostępny w aż 50 kolorach. Uwierzcie mi, każda z Was znajdzie coś dla siebie: soczyste czerwienie, intensywne i słodkie róże, dyskretne odcienie nude. Stałam dobre kilkanaście minut zanim wybrałam coś dla siebie :)
Opakowanie jest bardzo proste i takie najbardziej lubię, smukłe, kwadratowe, z czarną nakrętką, która zamyka się na dodatkowe kliknięcie, nic się samo nie otworzy, nie wyskoczy. Napisy są bardzo trwałe, nie ścierają się podczas noszenia błyszczyka w torebce. Ale to nie wszystko, opakowanie posiada jeden, uroczy szczegół, który sprawił, że gęba cieszyła mi się od ucha do ucha, ale to zostawiam na deser :)
Aplikator to klasyczna gąbeczka, miękka, dosyć spora i lekko wygięta co zapewnia wygodne nakładanie błyszczyku na usta.
Konsystencja jest bardzo przyjemna, delikatnie kremowa, świetnie się aplikuje, nie spływa poza kontur ust. Daje uczucie nawilżenia, nie klei się (czego wprost nienawidzę) i generalnie nosi się bardzo komfortowo. A jak pachnie! Po prostu ślicznie :) Delikatnie i słodko, ja wyczuwam lekką nutkę wiśni :)
Mega Shine Lip Gloss, jak sama nazwa wskazuje, nadaje ustom mega połysk, ale nie są to słowa bynajmniej na wyrost, ponieważ faktycznie usta wyglądają jak polakierowane, błyszczą się szkliście, jak tafla. Przy tym są naprawdę bardzo trwałe, bez jedzenia i picia wytrzymują kilka godzin, oczywiście w tym czasie ich blask powoli znika, ale na ustach pozostaje subtelny kolor.
Dla mamy wybrałam kolor nr 160 (Tea Rose) i może sugeruję się nazwą, ale dla mnie to faktycznie taki herbaciany róż. Dyskretny, delikatny (żeby nie powiedzieć, że prawie niewidoczny), ładnie podkreśla usta. Mama jest z niego bardzo zadowolona. Sama natomiast sięgnęłam po intensywny, soczysty róż, czyli nr 160 o nazwie Dolly Pink (aparat tą intensywność oczywiście zeżarł :[ ), pozytywny i energetyczny kolor, na lato idealny, ale zimą też będę po niego sięgać :)
No to czas na swatche:
nr błyszczyka to 160, na zdjęciu wkradł się błąd :(
A teraz deser, o którym pisałam przy okazji opakowania, które z pozoru jest bardzo proste i bez fajerwerków. Otóż nie moje Panie, jak to mówią diabeł tkwi w szczegółach i w tym przypadku nie można się z tym nie zgodzić. Otóż nakrętki ozdobione są wytłoczoną, uroczą kokardką! Niby nic, ale mnie takie szczegóły ogromnie cieszą i niezwykle umilają korzystanie z kosmetyków :) Same powiedzcie, czy nie jest słodka?
Używałyście błyszczyków NYX?
wtorek, 18 czerwca 2013
Szach Matte - NYX Soft Matte Lip Cream (05 - Antwerp)
Po fazie maniakalnego kupowania wszelkiej maści cieni do powiek, potem lakierów do paznokci w ilościach wręcz hurtowych, przyszedł czas na szał związany z wszelkiego rodzaju mazidłami do ust. Szminek trochę już mam (i błyszczących i matowych), błyszczyków to już nawet nie liczę, ale takiego łączącego w sobie cechy szminki i matowe wykończenie jeszcze nie próbowałam, więc kiedy odwiedziłam ostatnio salon NYX'a bez drgnięcia powieki przygarnęłam produkt Soft Matte Lip Cream w kolorze 05 - Antwerp.
Producent opisuje Soft Matte Lip Cream jako matową szminkę w płynie o delikatnej i komfortowej dla ust konsystencji. Określił ją również jako "rodzaj farby do ust" i muszę przyznać, że coś w tym jest :) Na rynku dostępne jest 11 odcieni, każdy z nich nosi nazwę innego miasta:
- 01 Amsterdam (jasna czerwień),
- 02 Stockholm (beż),
- 03 Tokyo (jasny róż),
- 04 London (brąz),
- 06 Instanbul (zgaszony róż),
- 07 Addis Ababa (fuksja),
- 08 Sao Paulo (ciemna czerwień),
- 09 Abu Dabhi (szary beż),
- 10 Monte Carlo (burgund),
- 11 Milan (zgaszony róż).
Kolory możecie obejrzeć tutaj.
Opakowanie pomadki jest bardzo minimalistyczne, buteleczka ma kolor szminki natomiast nakrętka jest czarna, matowa, lekko gumowana przez co wygodnie leży w ręce i się z niej nie wyślizguje. Na przodzie znajduje się logo marki, nazwa i opis produktu, pojemność (6,5 g), pod spodem znajduje się naklejka z numerem i nazwą koloru, z tyłu znajdziemy informacje o składzie i miejscu produkcji. Wszystko bardzo czytelne. Aplikator to standardowa, miękka gąbeczka, która nabiera właściwą ilość produktu.
I teraz to na co wszyscy czekają, czyli pomadka w całej swej okazałości. Szminkę mogę określić jednym słowem: fenomenalna! Nazwa Lip Cream jest nieprzypadkowa, ponieważ jej konsystencja przypomina lekki, puszysty krem, który bezproblemowo nakłada się na usta. Aplikator gładko sunie po ustach, pozostawiając na nich cienką, równą warstwę koloru. Szminka po nałożeniu na wargi przez chwilę pozostaje "plastyczna" dzięki czemu łatwo się z nią pracuje, możemy dokładnie pokryć usta kolorem, a ewentualne poprawki nie sprawiają trudności, dopiero po chwili pomadka zaczyna "zastygać" i z satynowej staje się zupełnie matowa, wtapia się w skórę, efekt jest naprawdę bardzo naturalny. W ogóle nie czuć jej na wargach, jest bardzo lekka, nie podkreśla suchych skórek, nie wysusza ust i się nie kruszy. Ściera się równomiernie, pozostawiając na ustach delikatny kolor jakbyśmy użyły nie szminki a tint, stąd określenie tego kosmetyku mianem "farby do ust" jest bardzo trafne.
Kolor, który wybrałam jest bardzo uniwersalny. Antwerp to średni, ciepły róż, z lekką nutą koralu, dobrze stapia się z naturalnym kolorem ust. Świetny do codziennego makijażu.
Tak prezentuje się na ustach:
Pomadka ma też bardzo przyjemny, delikatny zapach. Określiłabym go jako słodko-maślany, nienachalny.
Jestem bardzo zadowolona z NYX Soft Matte Lip Cream, mimo, że preferuję bardziej połyskujący makijaż ust, po ten kosmetyk sięgam bardzo często, ponieważ pięknie podkreśla usta a efekt matu jest bardzo naturalny.
Cena pomadki to 29,90 zł.
Powiem Wam w sekrecie, że mam ogromną ochotę wypróbować nie tylko inne odcienie "matowego kremu", ale też błyszczyków NYX Mega Shine Lip Gloss - dzisiaj przyglądałam im się w Arkadii i z miejsca trafiły na moją "chciejlistę" :D
Mam też dla Was bardzo dobrą nowinę, poza salonem NYX w warszawskim Blue City, kosmetyki amerykańskiej firmy będzie też można dostać w wybranych perfumeriach Douglas w całej Polsce! Ja już widziałam kosmetyki NYX w warszawskiej Arkadii, co prawda nie jest to cała oferta, ale znajdziecie tam linery, kredki do oczu, cienie do powiek, szminki, błyszczyki, pudry, podkłady, bazy pod makijaż i korektory, więc całkiem sporo :) Więcej informacji na ten temat znajdziecie na fanpage'u NYX'a na Facebooku.
Jak Wam się podoba takie wykończenie makijażu ust? Wolicie mat czy połysk błyszczyka? Używałyście Soft Matte Lip Cream?
Pozdrawiam!
E.
Producent opisuje Soft Matte Lip Cream jako matową szminkę w płynie o delikatnej i komfortowej dla ust konsystencji. Określił ją również jako "rodzaj farby do ust" i muszę przyznać, że coś w tym jest :) Na rynku dostępne jest 11 odcieni, każdy z nich nosi nazwę innego miasta:
- 01 Amsterdam (jasna czerwień),
- 02 Stockholm (beż),
- 03 Tokyo (jasny róż),
- 04 London (brąz),
- 06 Instanbul (zgaszony róż),
- 07 Addis Ababa (fuksja),
- 08 Sao Paulo (ciemna czerwień),
- 09 Abu Dabhi (szary beż),
- 10 Monte Carlo (burgund),
- 11 Milan (zgaszony róż).
Kolory możecie obejrzeć tutaj.
Opakowanie pomadki jest bardzo minimalistyczne, buteleczka ma kolor szminki natomiast nakrętka jest czarna, matowa, lekko gumowana przez co wygodnie leży w ręce i się z niej nie wyślizguje. Na przodzie znajduje się logo marki, nazwa i opis produktu, pojemność (6,5 g), pod spodem znajduje się naklejka z numerem i nazwą koloru, z tyłu znajdziemy informacje o składzie i miejscu produkcji. Wszystko bardzo czytelne. Aplikator to standardowa, miękka gąbeczka, która nabiera właściwą ilość produktu.
I teraz to na co wszyscy czekają, czyli pomadka w całej swej okazałości. Szminkę mogę określić jednym słowem: fenomenalna! Nazwa Lip Cream jest nieprzypadkowa, ponieważ jej konsystencja przypomina lekki, puszysty krem, który bezproblemowo nakłada się na usta. Aplikator gładko sunie po ustach, pozostawiając na nich cienką, równą warstwę koloru. Szminka po nałożeniu na wargi przez chwilę pozostaje "plastyczna" dzięki czemu łatwo się z nią pracuje, możemy dokładnie pokryć usta kolorem, a ewentualne poprawki nie sprawiają trudności, dopiero po chwili pomadka zaczyna "zastygać" i z satynowej staje się zupełnie matowa, wtapia się w skórę, efekt jest naprawdę bardzo naturalny. W ogóle nie czuć jej na wargach, jest bardzo lekka, nie podkreśla suchych skórek, nie wysusza ust i się nie kruszy. Ściera się równomiernie, pozostawiając na ustach delikatny kolor jakbyśmy użyły nie szminki a tint, stąd określenie tego kosmetyku mianem "farby do ust" jest bardzo trafne.
Kolor, który wybrałam jest bardzo uniwersalny. Antwerp to średni, ciepły róż, z lekką nutą koralu, dobrze stapia się z naturalnym kolorem ust. Świetny do codziennego makijażu.
Tak prezentuje się na ustach:
Pomadka ma też bardzo przyjemny, delikatny zapach. Określiłabym go jako słodko-maślany, nienachalny.
Jestem bardzo zadowolona z NYX Soft Matte Lip Cream, mimo, że preferuję bardziej połyskujący makijaż ust, po ten kosmetyk sięgam bardzo często, ponieważ pięknie podkreśla usta a efekt matu jest bardzo naturalny.
Cena pomadki to 29,90 zł.
Powiem Wam w sekrecie, że mam ogromną ochotę wypróbować nie tylko inne odcienie "matowego kremu", ale też błyszczyków NYX Mega Shine Lip Gloss - dzisiaj przyglądałam im się w Arkadii i z miejsca trafiły na moją "chciejlistę" :D
Mam też dla Was bardzo dobrą nowinę, poza salonem NYX w warszawskim Blue City, kosmetyki amerykańskiej firmy będzie też można dostać w wybranych perfumeriach Douglas w całej Polsce! Ja już widziałam kosmetyki NYX w warszawskiej Arkadii, co prawda nie jest to cała oferta, ale znajdziecie tam linery, kredki do oczu, cienie do powiek, szminki, błyszczyki, pudry, podkłady, bazy pod makijaż i korektory, więc całkiem sporo :) Więcej informacji na ten temat znajdziecie na fanpage'u NYX'a na Facebooku.
Jak Wam się podoba takie wykończenie makijażu ust? Wolicie mat czy połysk błyszczyka? Używałyście Soft Matte Lip Cream?
Pozdrawiam!
E.
sobota, 11 maja 2013
Kiedy puszczają mi hamulce
Obiecałam sobie, że będę oszczędzać, że pasa zacisnę, bo przecież szaleje kryzys, inflacja rośnie, no ogólnie nieciekawie jest. I co? I poszłam z mamą w tango po centrach handlowych i przepuściłam trochę pieniędzy. Brawo Ewcia, twarda z Ciebie kobieta, jak chcesz to potrafisz... popisowo nie dotrzymać złożonych sobie obietnic. I właśnie dlatego nigdy nie robię noworocznych postanowień.
Ale nic, nie ma już co ryczeć nad rozlanym mlekiem, trzeba cieszyć się upolowanymi zdobyczami, a trochę tego jest. I chociaż jestem na siebie okrutnie zła, to widzę jeden mały promyk nadziei, tym razem w moich zakupach prym wiodła pielęgnacja, chociaż znalazło się też miejsce dla kolorówki (jak to dobrze, że kupiłam tą komodę :D).
Przechodzę do dowodów mojej zbrodni:
Aussie, legendarna 3 minutowa odżywka do włosów, wybrałam wersję do włosów długich, jestem bardzo ciekawa tych produktów i mimo, że odżywek używam niezwykle rzadko, skusiłam się na tę od Aussie, dodatkowo do kupna zachęciła mnie promocja w Rossmanie, o której dowiedziałam się na blogu Obsession (dziękuję :D).
Dairy Fun, sole do kąpieli o zapachu truskawki i karmelowego jabłka, na tego typu kosmetyki jestem niezwykle łasa, do tego nadszedł sezon na wzmożoną pielęgnację stóp, a soli do kąpieli używam właśnie do moczenia stópek, więc od razu sięgnęłam po dwie saszetki, z resztą każda z nich kosztowała zawrotną cenę 1,49 zł (Super-Pharm), więc żal było z takiej okazji nie skorzystać (ach, te usprawiedliwienia własnych niecnych czynów).
Fruttini, krem do rąk o zapachu żurawiny w czekoladzie, mówię Wam, pachnie niezwykle smakowicie, akurat potrzebowałam nowego kremu do rak do pracy, a ten jest malutki, idelany do postawienia na biurku i do tego ten zapach. Firma Fruttini ma ogólnie świetne zapachy swoich kosmetyków, kiedyś, bardzo dawno temu, używałam balsamu do ciała o zapachy toffi, dobrze nawilżał a przy tym tak pachniał, że niewiele brakowało o bym go zjadła, czyste, płynne, ciągnące się toffi... mmm....
Będąc w Blue City nie mogłam przejść obojętnie obok salonu NYX, o paletce cieni do powiek, w której się zakochałam pisałam tutaj, więc naturalną koleją rzeczy było, że moja kolekcja powiększy się o kolejne cuda amerykańskiej marki. Przeurocza i bardzo kompetentna Pani Konsultantka (że też nie zapamiętałam imienia) opowiedziała mi o każdym produkcie i pomogła w doborze koloru zarówno różu w kremie jak i matowego błyszczyka. Trafiła idealnie i w moje gusta i w kolory idealne do mojej karnacji. Serdecznie dziękuję i jeśli będziecie miały okazję odwiedzić salon NYX'a nie zastanawiajcie się nawet sekundy.
I powiedzcie mi, jaką karę mam sobie wymierzyć?
Ale nic, nie ma już co ryczeć nad rozlanym mlekiem, trzeba cieszyć się upolowanymi zdobyczami, a trochę tego jest. I chociaż jestem na siebie okrutnie zła, to widzę jeden mały promyk nadziei, tym razem w moich zakupach prym wiodła pielęgnacja, chociaż znalazło się też miejsce dla kolorówki (jak to dobrze, że kupiłam tą komodę :D).
Przechodzę do dowodów mojej zbrodni:
Aussie, legendarna 3 minutowa odżywka do włosów, wybrałam wersję do włosów długich, jestem bardzo ciekawa tych produktów i mimo, że odżywek używam niezwykle rzadko, skusiłam się na tę od Aussie, dodatkowo do kupna zachęciła mnie promocja w Rossmanie, o której dowiedziałam się na blogu Obsession (dziękuję :D).
Dairy Fun, sole do kąpieli o zapachu truskawki i karmelowego jabłka, na tego typu kosmetyki jestem niezwykle łasa, do tego nadszedł sezon na wzmożoną pielęgnację stóp, a soli do kąpieli używam właśnie do moczenia stópek, więc od razu sięgnęłam po dwie saszetki, z resztą każda z nich kosztowała zawrotną cenę 1,49 zł (Super-Pharm), więc żal było z takiej okazji nie skorzystać (ach, te usprawiedliwienia własnych niecnych czynów).
Fruttini, krem do rąk o zapachu żurawiny w czekoladzie, mówię Wam, pachnie niezwykle smakowicie, akurat potrzebowałam nowego kremu do rak do pracy, a ten jest malutki, idelany do postawienia na biurku i do tego ten zapach. Firma Fruttini ma ogólnie świetne zapachy swoich kosmetyków, kiedyś, bardzo dawno temu, używałam balsamu do ciała o zapachy toffi, dobrze nawilżał a przy tym tak pachniał, że niewiele brakowało o bym go zjadła, czyste, płynne, ciągnące się toffi... mmm....
Będąc w Blue City nie mogłam przejść obojętnie obok salonu NYX, o paletce cieni do powiek, w której się zakochałam pisałam tutaj, więc naturalną koleją rzeczy było, że moja kolekcja powiększy się o kolejne cuda amerykańskiej marki. Przeurocza i bardzo kompetentna Pani Konsultantka (że też nie zapamiętałam imienia) opowiedziała mi o każdym produkcie i pomogła w doborze koloru zarówno różu w kremie jak i matowego błyszczyka. Trafiła idealnie i w moje gusta i w kolory idealne do mojej karnacji. Serdecznie dziękuję i jeśli będziecie miały okazję odwiedzić salon NYX'a nie zastanawiajcie się nawet sekundy.
I powiedzcie mi, jaką karę mam sobie wymierzyć?
środa, 13 marca 2013
NYX - I dream of Barbados
Dużo czytałam o amerykańskiej marce NYX i nie ukrywam, że ostrzyłam sobie ząbki na jej produkty. Ponadto, kiedy zamawiałam trzymiesięczną subskrypcję Glossyboxa nieśmiało liczyłam na kosmetyki tej firmy, jak na razie moje życzenie nie zostało spełnione :( Ale nie ma tego złego, wzięłam sprawy w swoje ręce i wybrałam się do pierwszego firmowego salonu NYX'a w Polsce, który od połowy grudnia ubiegłego roku działa w warszawskim centrum handlowym Blue City (dla miłośniczek NYX'a z innych miast istnieje możliwość zakupu wymarzonych kosmetyków przez internet).
Salon jest niewielki, ale jest w nim wszystko to, co miłośniczki makijażu kochają najbardziej: ogromny wybór szminek, błyszczyków, cieni do powiek, róży do policzków (prasowane, w kremie, w sztyfcie), pudrów, lakierów do paznokci etc. Dostałam istnego oczopląsu, wszystkiego chciałam dotknąć, pomacać i najchętniej wyjść z połową asortymentu :D Wystrój jest czarno-biały, minimalistyczny, elegancki, bardzo mi się podoba i kojarzy mi się z salonami naszego Inglota. Na pewno zajrzę tam jeszcze nie raz, zwłaszcza, że pierwszy, co prawda dość skromny, zakup okazał się strzałem w dziesiątkę.
Co wybrałam z bogatej oferty firmy? Paletkę pięciu cieni do powiek o wdzięcznej nazwie I dream of Barbados. Składają się na nią cienie w odcieniach szarości, różu i fioletu. Takiego połączenia jeszcze nie miałam, a że od dłuższego czasu chodził za mną makijaż właśnie w takich kolorach to nie zastanawiałam się długo. I wiecie co? To chyba jedne z najlepszych cieni jakie kiedykolwiek przeszły przez moje ręce. Ale zacznę od początku.
Opakowanie: paletka zapakowana jest w czarny kartonik z białymi napisami, z tyłu znajdują się na nim numer oraz nazwa kosmetyku a także jego skład i miejsce produkcji. Po otwarciu pudełeczka znajdziemy w nim czarną, błyszczącą, solidną, plastikową kasetkę z logo marki, nazwą produktu i palmą, taką samą jak na kartoniku (cienie pochodzą z kolekcji The Carribean).
Po otwarciu kasetki naszym oczom ukazuje się pięć, całkiem sporych, okrągłych cieni, dwa aplikatory i lusterko na pokrywie. Całość zamyka się głośnym kliknięciem, więc kasetka nie powinna nam się przypadkowo otworzyć. Nie wiem jak Wam, ale mnie ta paletka kojarzy się trochę z tymi z IsaDory.
Moje ulubione odcienie z palety to pierwszy, środkowy i ostatni, najciemniejszego używam na linię rzęs a przedostaniego, jasnoszarego cienia do rozświetlenia wewnętrznego kącika. Można nimi uzyskać zarówno delikatny makijaż na dzień jak i intensywny makijaż wieczorowy.
Największa niespodzianka? Cena! Za ten świetny jakościowo produkt zapłaciłam ... (uwaga, uwaga!) ... 29,90 PLN! Prawie się przewróciłam z wrażenia przy kasie. Dla porównania, cienie IsaDory zamknięte w niemalże identycznej kasetce kosztują prawie trzy razy tyle, a jakościowo są porównywalne, chociaż osobiście skłaniałabym się właśnie ku NYX'owi. Dla mnie to dodatkowy atut tego produktu.
Na chwilę obecną mam chrapkę jeszcze na dwa produkty od NYX: róż w kremie i zieloną bazę pod makijaż :) Czytałam też, że mają rewelacyjne szminki.
NYX... znacie, lubicie, używacie? Co polecacie do wypróbowania?
Salon jest niewielki, ale jest w nim wszystko to, co miłośniczki makijażu kochają najbardziej: ogromny wybór szminek, błyszczyków, cieni do powiek, róży do policzków (prasowane, w kremie, w sztyfcie), pudrów, lakierów do paznokci etc. Dostałam istnego oczopląsu, wszystkiego chciałam dotknąć, pomacać i najchętniej wyjść z połową asortymentu :D Wystrój jest czarno-biały, minimalistyczny, elegancki, bardzo mi się podoba i kojarzy mi się z salonami naszego Inglota. Na pewno zajrzę tam jeszcze nie raz, zwłaszcza, że pierwszy, co prawda dość skromny, zakup okazał się strzałem w dziesiątkę.
Co wybrałam z bogatej oferty firmy? Paletkę pięciu cieni do powiek o wdzięcznej nazwie I dream of Barbados. Składają się na nią cienie w odcieniach szarości, różu i fioletu. Takiego połączenia jeszcze nie miałam, a że od dłuższego czasu chodził za mną makijaż właśnie w takich kolorach to nie zastanawiałam się długo. I wiecie co? To chyba jedne z najlepszych cieni jakie kiedykolwiek przeszły przez moje ręce. Ale zacznę od początku.
Opakowanie: paletka zapakowana jest w czarny kartonik z białymi napisami, z tyłu znajdują się na nim numer oraz nazwa kosmetyku a także jego skład i miejsce produkcji. Po otwarciu pudełeczka znajdziemy w nim czarną, błyszczącą, solidną, plastikową kasetkę z logo marki, nazwą produktu i palmą, taką samą jak na kartoniku (cienie pochodzą z kolekcji The Carribean).
Po otwarciu kasetki naszym oczom ukazuje się pięć, całkiem sporych, okrągłych cieni, dwa aplikatory i lusterko na pokrywie. Całość zamyka się głośnym kliknięciem, więc kasetka nie powinna nam się przypadkowo otworzyć. Nie wiem jak Wam, ale mnie ta paletka kojarzy się trochę z tymi z IsaDory.
Cienie okazały się po prostu świetne. Są dobrze napigmentowane, miękkie, bardzo dobrze nabiera się je na pędzel, w ogóle się nie osypują i świetnie blendują. Mają połyskujące wykończenie, ładnie rozświetlające spojrzenie i trwają na powiece cały dzień, nie blakną, jednak zaznaczam, że tak jak wszystkie inne cienie, nakładam je na bazę i są na niej po prostu nie do zdarcia. Na ten moment stały się moim numerem jeden razem z cieniami z Pupy. Makijaż nimi to czysta przyjemność.
Moje ulubione odcienie z palety to pierwszy, środkowy i ostatni, najciemniejszego używam na linię rzęs a przedostaniego, jasnoszarego cienia do rozświetlenia wewnętrznego kącika. Można nimi uzyskać zarówno delikatny makijaż na dzień jak i intensywny makijaż wieczorowy.
Największa niespodzianka? Cena! Za ten świetny jakościowo produkt zapłaciłam ... (uwaga, uwaga!) ... 29,90 PLN! Prawie się przewróciłam z wrażenia przy kasie. Dla porównania, cienie IsaDory zamknięte w niemalże identycznej kasetce kosztują prawie trzy razy tyle, a jakościowo są porównywalne, chociaż osobiście skłaniałabym się właśnie ku NYX'owi. Dla mnie to dodatkowy atut tego produktu.
Na chwilę obecną mam chrapkę jeszcze na dwa produkty od NYX: róż w kremie i zieloną bazę pod makijaż :) Czytałam też, że mają rewelacyjne szminki.
NYX... znacie, lubicie, używacie? Co polecacie do wypróbowania?
Subskrybuj:
Posty (Atom)