Hej!
Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o zakupie przypadkowym, nieplanowany, a który okazał się jednym z najlepszych jakie poczyniłam w ostatnim czasie :)
Z limitkami Essence jestem ostatnio na bakier, przestałam je śledzić, bo te co podobały mi się najbardziej nigdy nie trafiały na nasz rynek, a te które trafiały, były rozgrabiane z prędkością światła, więc najczęściej podziwiałam puste standy. Kilkanaście dni temu wpadłam z niespodziewaną wizytą do Hebe, ot tak, akurat mijałam, a że dawno nie byłam, postanowiłam wejść. Podeszłam do szafy Essence i oczywiście zastałam ogołocony stand limitki Ice Ice Baby, no dobra nie do końca ogołocony, ponieważ mrugał do mnie samotny reprezentant wspomnianej limitki - pojedynczy cień do powiek w odcieniu chłodnego fioletu, który dumnie nosi na sowich plecach nr 01 a nazywa się: do the rittberger. Żal mi się tego nieboraka zrobiło, a że fiolet na powiekach kocham w każdym wydaniu (od matu po metal, od delikatne lawendy po głęboką śliwkę) przygarnęłam go do serca i powędrowałam z nim do kasy, płacąc za niego zawrotną cenę 8,99 zł. I uwieżci mi, jest to najlepiej zainwestowane 9 zł w moim kosmetycznym życiu :)
Cień ma 2,5 gr. i zamknięty jest w prostym, plastikowym pudełku. Nie opakowanie dodaje mu uroku, a wytłoczone na powierzchni cienia śnieżynki. Mnie takie detale kręcą i jeszcze bardziej zachęcają do kupna. Po prostu lubię ładne rzeczy :)
Konsystencja cienia okazała się rewelacyjna, cień jest miękki, lekko kremowy i bardzo przypomina mi cienie z paletek Sleek'a. Świetnie nabiera się pędzel, nie osypuje się, gładko nakłada się na powiekę oraz blenduje, nie pozostawia plam, smug, ani prześwitów.
Ale to, co zaskoczyło mnie najbardziej, to pigmentacja, która jest niesamowita i cudowny kolor. Wystarczy raz przeciągnąć pędzlem po powierzchni cienia by na oku uzyskać piękną taflę koloru i to taflę dosłownie, ponieważ cień cudownie opalizuje na różowo-fioletowo-srebrzyście, sprawia że oko nabiera blasku i jest widoczne, ale efekt końcowy nie jest tandetny. Cień nie wyciera się, nie blaknie w ciągu dnia, nie odkłada w załamaniu, ale tutaj muszę nadmienić, że nosiłam go na bazie, której używam absolutnie zawsze, tak więc nie wiem, jak zachowałby się solo.
Uwielbiam tego niepozornego malucha za piękny efekt i bezproblemową współpracę, z czystym sercem mogę go Wam polecić.
Jak wam się podoba?
PS. Uprzedzając prośby, nie będzie zdjęcia makijażu (przynajmniej na razie), ponieważ nie posiadam ani odpowiedniego sprzętu ani tym bardziej umiejętności, by pokazać Wam makijaż w taki sposób jakbym chciała, tzn. perfekcyjnie :D Mam nadzieję, że swatch wystarczy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Essence. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Essence. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 13 lutego 2014
sobota, 28 września 2013
Jesienne szaleństwo zakupów, czyli jak znów mnie poniosło
Oj dałam dzisiaj czadu! A tłumaczyłam sobie, żeby na spokojnie kupić tylko i wyłącznie potrzebne rzeczy. Ale tłumaczenia, prośby i błagania racjonalnej części mojego umysłu zostały zagłuszone przez jazgot części euforycznej odpowiedzialnej w moim przypadku za przepuszczanie ciężko zarobionych pieniędzy z prędkością światła. Ale co począć, kiedy podchodzi się do wyspy Golden Rose i tam widzi się świeżutką, jeszcze pachnącą nowością kolekcję CARNIVAL? Oczy rozbłysły mi jak gwiazdy, twarz rozjaśnił zniewalający uśmiech, a rączka jakoś tak sama powędrowała i capnęła dwie butelczyny po brzegi wypełnione wszelkiej maści drobinkami w kolorze fioletu i różu. A że kolory wydały mi się raczej wiosenno-letnie, dobrałam im jeszcze piaskowego kompana, w ciekawym kolorze szarości przełamanej fioletem, idealnie pasującym do szarugi za oknem. No ale nie byłabym sobą gdybym sobie nie przypomniała, że u Mani widziałam obłędny lakier Sephory - Blackjack (klik) i że obiecałam sobie, że go kupię. Pech chciał, że Sephora była tuż obok, więc w ciągu mniej niż 5 minut stałam się szczęśliwą posiadaczką kolejnego lakierowego smakołyku. Ale to nie wszystko, chyba diabeł mnie podkusił, żebym zobaczyła jeszcze co w Naturze piszczy, a tam co? Dumnie rozpiera się nowa limitka Essence - Floral Grunge i oczom własnym nie wierzę, bo jest prawie cała i ostały się dwie sztuki różu! O co to, to nie, takiej okazji się nie przepuszcza, bo jak wiadomo, róże i rozświetlacze z limitek rozchodzą się jak świeże bułeczki, więc jeszcze drapnęłam ten róż. Bo przecież te 7836 róży, które mam potrzebuje nowego towarzysza, a takiego świeżego odcienia na pewno nie mam.
Na szczęście na tej cudownej zdobyczy poprzestałam. Skończyło się kosmetyczne szaleństwo. Przeprowadziłam sama ze sobą bardzo poważną i długą rozmowę, użyłam racjonalnych argumentów i złożyłam obietnicę samej sobie, jeśli się z niej wywiążę to Wam się pochwalę :) Chociaż na swoją obronę dodam, że moja chwilowa niepoczytalność nie wpłynęła jakoś bardzo mocno na stan mojego portfela. Nawet nie wiecie jaka to ulga :) A może jednak wiecie :) To teraz dowody mojej zbrodni:
A żeby w kółko nie było o kosmetykach, to kupiłam sobie dzisiaj bransoletki, z których jestem ogromnie zadowolona i zakupu absolutnie nie żałuję :D
A Wy wybrałyście się dzisiaj na zakupy czy odpoczywałyście?
Na szczęście na tej cudownej zdobyczy poprzestałam. Skończyło się kosmetyczne szaleństwo. Przeprowadziłam sama ze sobą bardzo poważną i długą rozmowę, użyłam racjonalnych argumentów i złożyłam obietnicę samej sobie, jeśli się z niej wywiążę to Wam się pochwalę :) Chociaż na swoją obronę dodam, że moja chwilowa niepoczytalność nie wpłynęła jakoś bardzo mocno na stan mojego portfela. Nawet nie wiecie jaka to ulga :) A może jednak wiecie :) To teraz dowody mojej zbrodni:
Golden Rose CARNIVAL nr 04 (róż), nr 11 (fiolet)
Sephora nr 75 Blackjack, Golden Rose Holiday nr 54
A żeby w kółko nie było o kosmetykach, to kupiłam sobie dzisiaj bransoletki, z których jestem ogromnie zadowolona i zakupu absolutnie nie żałuję :D
A Wy wybrałyście się dzisiaj na zakupy czy odpoczywałyście?
poniedziałek, 22 lipca 2013
Świeżo Malowane Poniedziałki - Essie Watermelon + naklejany kawior od Essence
Cześć!
Zaczyna się kolejny wakacyjny tydzień, a ja przychodzę z kolejnym lakierowym wpisem. Dzisiaj pokażę Wam lakier dobrze znany i lubiany - Essie Watermelon :) Chodziłam za nim długo i namiętnie, aż z pomocą przyszła mi koleżanka i teraz mogę się rozkoszować cudnym, arbuzowym różem na moich paznokciach :) Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie dodała czegoś ekstra, czyli naklejek na paznokcie z najnowszej LE Essence Me & My Ice Cream.
Lakierów Essie przedstawiać nikomu nie trzeba, ale muszę Wam powiedzieć, że to najlepszy Essiak jaki do tej pory miałam :) Nakłada się perfekcyjnie, jedna cienka warstwa wystarczy na pokrycie płytki jednolitym kolorem, nie smuży, nie bąbelkuje, wysycha bardzo szybko i ładnie błyszczy.
Kolor to piękny, intensywny, kremowy róż. Być może sugeruję się nazwą - Watermelon, ale wg mnie to naprawdę jest arbuzowy róż :) Uwielbiam takie odcienie latem, są dla mnie idealnym zamiennikiem klasycznej czerwieni, którą częściej używam jednak w okresie jesienno-zimowym.
Naklejki z limitki Essence mimo, że na początku nie wzbudziły mojego zainteresowania w rzeczywistości okazały się całkiem fajnym gadżetem, ponieważ wyglądają jak kawiorowy manicure, ale nie wymagają tyle pracy i cierpliwości co klasyczna wersja tego zdobienia. Nałożenie naklejki zajmuje dosłownie chwilę. Ponieważ są dosyć grube obawiałam się, że ciężko będzie się je nakładało, jednak okazały się elastyczne i ładnie dopasowały się do kształtu płytki, na wszelki wypadek zabezpieczyłam je topem. Ponieważ naklejki są przezroczyste, nałożyłam je na pomalowane paznokcie.
Efekt końcowy wygląda tak:
Nie jestem ogromną fanką kawiorowego mani, ale w naklejanym wydaniu sprawuje się dużo lepiej niż sypane perełki, jest po prostu praktyczniejszy :)
Jak Wam się podoba? Jakie są Wasze ulubione wakacyjne kolory lakierów do paznokci?
Zaczyna się kolejny wakacyjny tydzień, a ja przychodzę z kolejnym lakierowym wpisem. Dzisiaj pokażę Wam lakier dobrze znany i lubiany - Essie Watermelon :) Chodziłam za nim długo i namiętnie, aż z pomocą przyszła mi koleżanka i teraz mogę się rozkoszować cudnym, arbuzowym różem na moich paznokciach :) Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie dodała czegoś ekstra, czyli naklejek na paznokcie z najnowszej LE Essence Me & My Ice Cream.
Lakierów Essie przedstawiać nikomu nie trzeba, ale muszę Wam powiedzieć, że to najlepszy Essiak jaki do tej pory miałam :) Nakłada się perfekcyjnie, jedna cienka warstwa wystarczy na pokrycie płytki jednolitym kolorem, nie smuży, nie bąbelkuje, wysycha bardzo szybko i ładnie błyszczy.
Kolor to piękny, intensywny, kremowy róż. Być może sugeruję się nazwą - Watermelon, ale wg mnie to naprawdę jest arbuzowy róż :) Uwielbiam takie odcienie latem, są dla mnie idealnym zamiennikiem klasycznej czerwieni, którą częściej używam jednak w okresie jesienno-zimowym.
Naklejki z limitki Essence mimo, że na początku nie wzbudziły mojego zainteresowania w rzeczywistości okazały się całkiem fajnym gadżetem, ponieważ wyglądają jak kawiorowy manicure, ale nie wymagają tyle pracy i cierpliwości co klasyczna wersja tego zdobienia. Nałożenie naklejki zajmuje dosłownie chwilę. Ponieważ są dosyć grube obawiałam się, że ciężko będzie się je nakładało, jednak okazały się elastyczne i ładnie dopasowały się do kształtu płytki, na wszelki wypadek zabezpieczyłam je topem. Ponieważ naklejki są przezroczyste, nałożyłam je na pomalowane paznokcie.
Efekt końcowy wygląda tak:
Nie jestem ogromną fanką kawiorowego mani, ale w naklejanym wydaniu sprawuje się dużo lepiej niż sypane perełki, jest po prostu praktyczniejszy :)
Jak Wam się podoba? Jakie są Wasze ulubione wakacyjne kolory lakierów do paznokci?
wtorek, 23 kwietnia 2013
Essence Gel Tint 03 Flashy Apricot - czyli jak jeden, drobny szczegół może zepsuć świetny produkt
Nie tak dawno temu wśród wiosennych zakupów pokazywałam Wam nowość od Essence - żelowy tint do ust. Kiedy w sieci pojawiły się zapowiedzi essencowych wiosennych nowości, pierwsze co zapragnęłam mieć tu i teraz to były właśnie żelowe tinty. Trochę czasu mi zajęło zanim znalazłam je w Naturze, ale w końcu to się stało i tak trafiła do mnie żelowa "trójeczka" czyli Flashy Apricot. Czy warto było? I tak i nie, ale po kolei.
Sam kolor można stopniować, jedna warstwa daje bardzo naturalny, delikatny kolor, dzięki kolejnym możemy uzyskać bardziej nasycony efekt. Tint poza kolorem, pozostawia na ustach bardzo przyjemną, lekko tłustą powłokę, która nadaje wargom subtelny połysk i chroni je przed wysuszeniem. Na ustach utrzymuje się około 4-5h, w zetknięciu z piciem/jedzeniem blaknie i się ściera, na szczęście równomiernie. Flashy Apricot w opakowaniu prezentuje się iście "żarówiasto", ale ustom nadaje ładny, ciepły odcień czerwieni, bardzo naturalny. Fajnie podkręca naturalny odcień warg.
W tym momencie pewnie zapytacie, w takim razie co z tym tintem jest nie tak? Otóż okrutnie cuchnie, a w smaku jest tak ohydny, że powoduje u mnie atak mdłości. Naprawdę, nie przeszkadzają mi różne warianty zapachowe kosmetyków do ust, ale ten ma w sobie coś tak irytująco sztucznego i chemicznego, że nie jestem w stanie go znieść. Nawet nie umiem go do niczego konkretnego przyrównać, niby owocowy, słodki, ale ja czuję w nim jeszcze sodę oczyszczoną i jakiś detergent. Mieszanka tak wybuchowa, że nie jestem w stanie zmusić się do jego używania i bardzo nad tym faktem ubolewam, ponieważ sam w sobie tint jest świetnym produktem, za niską cenę (ok. 9 zł) otrzymujemy dobrej jakości kosmetyk. Tylko ten odpychający zapach...
A Wy używałyście żelowego tintu Essence? Wolicie tinty czy jednak preferujecie klasyczne błyszczyki lub szminki?
Tint zamknięto w przyjemnej dla oka, 5 ml, plastikowej, przezroczystej buteleczce. Dołączony aplikator w postaci wyprofilowanej gąbeczki jest bardzo wygodny, miękki, gładko sunie po ustach, pokrywając je równą warstwą koloru. Żelowa konsystencja kosmetyku jest bardzo lekka, dobrze się aplikuje, nie spływa ani z aplikatora, ani poza obręb ust.
Sam kolor można stopniować, jedna warstwa daje bardzo naturalny, delikatny kolor, dzięki kolejnym możemy uzyskać bardziej nasycony efekt. Tint poza kolorem, pozostawia na ustach bardzo przyjemną, lekko tłustą powłokę, która nadaje wargom subtelny połysk i chroni je przed wysuszeniem. Na ustach utrzymuje się około 4-5h, w zetknięciu z piciem/jedzeniem blaknie i się ściera, na szczęście równomiernie. Flashy Apricot w opakowaniu prezentuje się iście "żarówiasto", ale ustom nadaje ładny, ciepły odcień czerwieni, bardzo naturalny. Fajnie podkręca naturalny odcień warg.
W tym momencie pewnie zapytacie, w takim razie co z tym tintem jest nie tak? Otóż okrutnie cuchnie, a w smaku jest tak ohydny, że powoduje u mnie atak mdłości. Naprawdę, nie przeszkadzają mi różne warianty zapachowe kosmetyków do ust, ale ten ma w sobie coś tak irytująco sztucznego i chemicznego, że nie jestem w stanie go znieść. Nawet nie umiem go do niczego konkretnego przyrównać, niby owocowy, słodki, ale ja czuję w nim jeszcze sodę oczyszczoną i jakiś detergent. Mieszanka tak wybuchowa, że nie jestem w stanie zmusić się do jego używania i bardzo nad tym faktem ubolewam, ponieważ sam w sobie tint jest świetnym produktem, za niską cenę (ok. 9 zł) otrzymujemy dobrej jakości kosmetyk. Tylko ten odpychający zapach...
A Wy używałyście żelowego tintu Essence? Wolicie tinty czy jednak preferujecie klasyczne błyszczyki lub szminki?
sobota, 13 kwietnia 2013
Spring shopping!
O tym właśnie marzyłam od dłuższego czasu - o pięknym, słonecznym dniu, w którym zamiast ciężkich zimowych butów, kurtki, szalika, czapki i rękwiczek, założę lekkie buciki, wiosenny płaszczyk i tęczowy bawełniany komin. Cudownie było poczuć ciepłe promienie słoneczne na buzi, zobaczyć czyste błękitne niebo i usłyszeć pełen radości śpiew ptaków :)
Niestety, kiedy chciałam przygotować szafę na wiosenną aurę okazało się, że zostałam ... bez butów! Ale się zdziwiłam! Co jak co, ale chyba nigdy w swoim życiu nie miałam takiej sytuacji, ale prawda jest taka, że po prostu nie miałam ochoty kupować wiosennych bucików, no bo jak mierzyć lekki pantofelek czy baletkę kiedy stopa opatulona w wełnianą skarpetkę, bo na dworzu zimno jak cholera i śniegu po kolana? Nie wiem jak Wy, ale ja w takich warunkach nie znoszę mierzyć butów. Wgrzebałam jakieś sportowe buty z dna szafy i ruszyłam na łowy :) Teraz mogę przywitać wiosnę, mam odpowiednie pantofle i baletki. Co do baletek, to nie mogłam się oprzeć i kupiłam te, o których na swoim blogu pisała Soemi87 w tym poście (wybacz Kochana, ale zakochałam się w nich jak tylko je zobaczyłam u Ciebie :D).
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zakupiła nowych kosmetyków :) I tak trafiło do mnie kilka drobiazgów:
- kolejna buteleczka kropli wysuszajacych lakier Essence Nail Art Express Dry Drops, pisałam o nich tutaj,
- zestaw do frencha Bell Salon Perfect French Manicure & Pedicure zakupiony w Biedronce, oraz
- żelowy tint Gel Tint Essence w kol. 03 Flashy Apricot.
Jeden zestaw od Bell już mam, tylko z jaśniejszym lakierem nawierzchniowym, mama zrobiła sobie nim świetnego frencha i była zadowolna z tego setu i z trwałości lakierów więc postanowiłyśmy kupić drugi zestaw z innym kolorem :)
A Wy jak spędziłyście pierwszy, prawdziwie wiosenny dzień tego roku?
Pozdrawiam,
E.
Niestety, kiedy chciałam przygotować szafę na wiosenną aurę okazało się, że zostałam ... bez butów! Ale się zdziwiłam! Co jak co, ale chyba nigdy w swoim życiu nie miałam takiej sytuacji, ale prawda jest taka, że po prostu nie miałam ochoty kupować wiosennych bucików, no bo jak mierzyć lekki pantofelek czy baletkę kiedy stopa opatulona w wełnianą skarpetkę, bo na dworzu zimno jak cholera i śniegu po kolana? Nie wiem jak Wy, ale ja w takich warunkach nie znoszę mierzyć butów. Wgrzebałam jakieś sportowe buty z dna szafy i ruszyłam na łowy :) Teraz mogę przywitać wiosnę, mam odpowiednie pantofle i baletki. Co do baletek, to nie mogłam się oprzeć i kupiłam te, o których na swoim blogu pisała Soemi87 w tym poście (wybacz Kochana, ale zakochałam się w nich jak tylko je zobaczyłam u Ciebie :D).
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zakupiła nowych kosmetyków :) I tak trafiło do mnie kilka drobiazgów:
- kolejna buteleczka kropli wysuszajacych lakier Essence Nail Art Express Dry Drops, pisałam o nich tutaj,
- zestaw do frencha Bell Salon Perfect French Manicure & Pedicure zakupiony w Biedronce, oraz
- żelowy tint Gel Tint Essence w kol. 03 Flashy Apricot.
Na żelowy tint od Essence polowałam już od dłuższego czasu i bardzo się cieszę, że w końcu udało mi się go kupić. Po pierwszych testach zapowiada się przyjemnie.
Jeden zestaw od Bell już mam, tylko z jaśniejszym lakierem nawierzchniowym, mama zrobiła sobie nim świetnego frencha i była zadowolna z tego setu i z trwałości lakierów więc postanowiłyśmy kupić drugi zestaw z innym kolorem :)
A Wy jak spędziłyście pierwszy, prawdziwie wiosenny dzień tego roku?
Pozdrawiam,
E.
czwartek, 11 kwietnia 2013
Essence Sun Club - Shimmer Bronzing Powder - kol. nr 20 suntanned
Wiosna póki co idzie do nas bardzo wolno, ale słonko wygląda od czasu do czasu spoza tych okropnych chmurzysk, muskając ciepłymi promykami nasze spragnione słońca twarze :) Już niedługo nasze buzie złapią pierwszą, lekką opaleniznę, ale na razie ten upragniony, zdrowy brąz musimy sobie wyczarować same :)
Nie wiem jak Wam, ale mnie znalezienie dobrego brązera przysparza samych problemów. Przez moją kosmetyczkę przewinęło się już parę kosmetyków brązujących i póki co, żaden się nie sprawdził :( Nie wiem czy to wina kolorów, czy mojej nieumiejętności ich dobrania? Nawet nie chodzi o to, że jeden za ciepły inny za chłodny, tylko o to, że brązera na mojej twarzy po prostu nie widać... Mój naturalny kolor włosów to taki popielaty blond ze złotymi reflekasmi, ładny ale nijaki, do tego jasna cera ze skłonnością do zaczerwienień i w ogóle w tonacji różowej (czemu natura nie obdarzyła mnie piękną oliwkową cerą, no czemu?), w związku z tym rok temu postanowiłam zostać brunetką i teraz mogę pochwalić się czupryną w kolorze ciemnego, czekoladowego brązu z głębokim wiśniowym połyskiem. Zapytacie co ma zmiana koloru włosów do brązera? W moim przypadku dużo, ponieważ po latach używania wersji przeznaczonych dla blondynek tym razem sięgnęłam po wersję dla brunetek. I wygląda na to, że było to słuszne posunięcie :)
Sam puder został wytłoczony we wzór przypominający fale na pisku oraz postać dziewczyny z rozwianym lekko włosem, ubraną w krótką sukienkę. Nawet przyjemnie to wygląda. Wiecie co jest fajnego w tym pudrze? Zapach! Pachnie tak pięknie, słodko, kokosowo, bardzo przyjemnie, ale zdaję sobie sprawę z tego, że kogoś zapach ten może drażnić, na szczęście po nałożeniu na twarz jest zupełnie niewyczuwalny.
I teraz to co najważniejsze, czyli kwestie użytkowe. Myli się ten, kto myśli, że pudrem Essence wyczaruje hebanową opaleniznę na licu, lub chociaż przyzwoicie wykonturuje twarz. Nic z tych rzeczy. Owszem, kolor jest ciepły, ma w sobie dużo złotych drobinek (nie widać ich na buzi) i faktycznie jest ciemniejszy niż te, które dotychczas używałam, ale na policzku zostawia raczej mgiełkę koloru niż konkretny brąz. Jednak po raz pierwszy w życiu widzę ten brąz na twarzy. Puder ładnie ociepla moją cerę, daje efekt bardzo subtelnej, zdrowej opalenizny, takiej od pierwszych promieni wiosennego słońca - nakładam go na policzki, środek nosa i brodę, a dla świetlistego efektu kości policzkowe muskam dodatkowo rozświetlaczem Catrice z kolekcji SpectaculaART. /Niestety brązer na moim policzku okazał się zupełnie niefotogeniczny i za nic w świecie nie chciał się ujawnić na zdjęciach :(/
Wg mnie brązer Essence idealnie sprawdzi się u dziewczyn z jasną karnacją, dla tych z ciemną może być za jasny.
Puder jest twardy, żeby nabrać go na pędzel trzeba się trochę namachać, ale za to nie pyli. Największe zaskoczenie? Trwałość, trzyma się naprawdę długo, maluję się około godziny 6 rano a o 18, kiedy wracam do domu wciąż trzyma się na policzkach, nie ciemnieje, nie robi plam, nie wysusza skóry i jak na razie nie miałam po nim żadnych przykrych niespodzianek.
Podsumowując, czy jest to dobry produkt? W mojej ocenie tak, chociaż nie jest wolny od wad, na pewno warto go wypróbować, jednak jeśli ktoś od brązera oczekuje więcej niż tylko ocieplenia cery, może się rozczarować.
A Wy macie swoje ulubione brązery? Chętnie poczytam o Waszych ulubieńcach :)
E.
Nie wiem jak Wam, ale mnie znalezienie dobrego brązera przysparza samych problemów. Przez moją kosmetyczkę przewinęło się już parę kosmetyków brązujących i póki co, żaden się nie sprawdził :( Nie wiem czy to wina kolorów, czy mojej nieumiejętności ich dobrania? Nawet nie chodzi o to, że jeden za ciepły inny za chłodny, tylko o to, że brązera na mojej twarzy po prostu nie widać... Mój naturalny kolor włosów to taki popielaty blond ze złotymi reflekasmi, ładny ale nijaki, do tego jasna cera ze skłonnością do zaczerwienień i w ogóle w tonacji różowej (czemu natura nie obdarzyła mnie piękną oliwkową cerą, no czemu?), w związku z tym rok temu postanowiłam zostać brunetką i teraz mogę pochwalić się czupryną w kolorze ciemnego, czekoladowego brązu z głębokim wiśniowym połyskiem. Zapytacie co ma zmiana koloru włosów do brązera? W moim przypadku dużo, ponieważ po latach używania wersji przeznaczonych dla blondynek tym razem sięgnęłam po wersję dla brunetek. I wygląda na to, że było to słuszne posunięcie :)
Do mojej kosmetyczki trafił puder brązujący Essence Sun Club Shimmer Bronzing Powder (brunettes - dark skin) w kol. nr 20 suntanned. Zanim przejdę do koloru, kilka słów o opakowaniu, tłoczeniu, no wiecie, wszystkim tym co cieszy oko przy zakupie :)
Puder zamknięto w okrągłym, przezroczystym pudełeczku wykonanym z całkiem solidnego plastiku. Na wieczku srebrną czcionką uwieczniono nazwę produktu, do jakiego typu urody (?) jest przeznaczony oraz jego gramaturę (9g). Czuję, że napisy będą miały tendencję do złażenia, ale póki co moje nie doznały żadnego uszczerbku i dzielnie trzymają się na miejscu :) Z tyłu opakowania na różowej naklejce umieszczono nr oraz nazwę odcienia, krótki opis i skład. Wieczko zamyka się na porządne kliknięcie dlatego mamy pewność, że opakowanie przypadkowo się nie otworzy, mało tego, czasem z nim walczę, żeby je w ogóle otworzyć.
I teraz to co najważniejsze, czyli kwestie użytkowe. Myli się ten, kto myśli, że pudrem Essence wyczaruje hebanową opaleniznę na licu, lub chociaż przyzwoicie wykonturuje twarz. Nic z tych rzeczy. Owszem, kolor jest ciepły, ma w sobie dużo złotych drobinek (nie widać ich na buzi) i faktycznie jest ciemniejszy niż te, które dotychczas używałam, ale na policzku zostawia raczej mgiełkę koloru niż konkretny brąz. Jednak po raz pierwszy w życiu widzę ten brąz na twarzy. Puder ładnie ociepla moją cerę, daje efekt bardzo subtelnej, zdrowej opalenizny, takiej od pierwszych promieni wiosennego słońca - nakładam go na policzki, środek nosa i brodę, a dla świetlistego efektu kości policzkowe muskam dodatkowo rozświetlaczem Catrice z kolekcji SpectaculaART. /Niestety brązer na moim policzku okazał się zupełnie niefotogeniczny i za nic w świecie nie chciał się ujawnić na zdjęciach :(/
Wg mnie brązer Essence idealnie sprawdzi się u dziewczyn z jasną karnacją, dla tych z ciemną może być za jasny.
Puder jest twardy, żeby nabrać go na pędzel trzeba się trochę namachać, ale za to nie pyli. Największe zaskoczenie? Trwałość, trzyma się naprawdę długo, maluję się około godziny 6 rano a o 18, kiedy wracam do domu wciąż trzyma się na policzkach, nie ciemnieje, nie robi plam, nie wysusza skóry i jak na razie nie miałam po nim żadnych przykrych niespodzianek.
Podsumowując, czy jest to dobry produkt? W mojej ocenie tak, chociaż nie jest wolny od wad, na pewno warto go wypróbować, jednak jeśli ktoś od brązera oczekuje więcej niż tylko ocieplenia cery, może się rozczarować.
A Wy macie swoje ulubione brązery? Chętnie poczytam o Waszych ulubieńcach :)
E.
środa, 13 lutego 2013
Różowa kolekcja
Hej!
Tyle razy już pisałam, że jestem świeżo upieczoną miłośniczką różu, że uznałam, że czas najwyższy przedstawić Wam moją różową kolekcję. Wiecie jakie było moje największe zaskoczenie w trakcie przygotowywania tej notki? Że wcale nie mam tego tak dużo jak myślałam :) Czyli jest pretekst do nabycia kolejnych pudełeczek, słoiczków i buteleczek z różowymi mazidłami :)
Całość mojej kolekcji prezentuje się następująco:
Tyle razy już pisałam, że jestem świeżo upieczoną miłośniczką różu, że uznałam, że czas najwyższy przedstawić Wam moją różową kolekcję. Wiecie jakie było moje największe zaskoczenie w trakcie przygotowywania tej notki? Że wcale nie mam tego tak dużo jak myślałam :) Czyli jest pretekst do nabycia kolejnych pudełeczek, słoiczków i buteleczek z różowymi mazidłami :)
Całość mojej kolekcji prezentuje się następująco:
Mam wśród nich swoich dwóch ulubieńców, ale tak naprawdę z każdego korzystam regularnie. Preferuję zgaszone, przydymione odcienie, ale zdarza się, że szaleję z kolorem i do tego służą mi dwa, świetne róże z limitowanych edycji Essence - Miami Roller Girl i Breaking Dawn cz. 2, którą jeszcze można gdzieniegdzie spotkać.
Essence Miami Roller Girl nr 01 Dates on Skates to połączenie 3 intensywnych, żywych kolorów - fuksji, koralu i pomarańczy. Ryzykowne? Na pierwszy rzut oka tak, ale po zmieszaniu wszystkich odcieni otrzymujemy mocną brzoskwinię, która po roztarciu na policzku staje się subtelniejsza i dodaje makijażowi świeżości. Róż ma matowe wykończenie, jest miękki, łatwo nabiera się na pędzel, nie pyli, dobrze się rozciera, można stopniować efekt od delikatnego podkreślenia policzków po mocne ich zaakcentowanie.
Essence The Twilight Saga Breakin Dawn part 2 nr 01 Renesmee Red to kolejny róż, który na pierwszy rzut oka wygląda na trudny do oswojenia, jednak w rzeczywistości jest rewelacyjny w użytkowaniu. Ok, jest trudniejszy do opanowania niż Miami..., ale za to jest idealny do wyczarowania rumieńców Królewny Śnieżki. W sam raz na zimę. Musiałam z nim trochę popracować, udało mi się nawet zrobić nim sobie kuku, ale w sumie bardzo się lubimy :) Podobnie jak Miami... ma matowe wykończenie, jest miękki, nie pyli, dobrze nabiera się na pędzel i rozciera. Jednak trzeba z nim uważać, jest dobrze napigmentowany i zamiast fajnego rumieńca możemy mieć na buzi dwa czerwone placki, które raczej nie dodadzą nam uroku ;)
Po mocnych kolorach czas na te bardziej stonowane :)
Zacznę od Kryolan dla Glossybox kol. Glossy Rosewood, który znalazłam w styczniowym Glossyboxie. Jestem z niego bardzo zadowolona, kolor jest wg mnie bardzo uniwersalny, to jasny, przybrudzony, chłodny róż. Ładnie akcentuje policzki, jest bardzo miękki, niestety ma tendencje do pylenia i trochę za dużo nabiera się go na pędzel, ale ładnie się rozciera i daje efekt świeżej cery. Idealny do szybkiego makijażu.
Czas na nowość od Misslyn - Boho Wave Blush z najnowszej wiosennej kolekcji Bohemian Spirit, o której bliżej pisałam tutaj. Róż składa się z 2 ciepłych, świetlistych kolorów - delikatnego różu i beżu oraz zgaszonego chłodnego, fioletu. W przeciwieństwie do poprzedników ma świetliste wykończenie, daje ładne, subtelne rozświetlenie. Jest miękki, trochę pyli, dobrze nakłada się na pędzel i dobrze się rozciera. O ile wcześniej opisane róże były raczej suche, tak ten ma lekko tłustą formułę, jednak nie zauważyłam, żeby pojawiały się po nim jakieś niespodzianki. Dodatkowo róż jest wytłoczony w fale, które przywodzą mi na myśl zmarszczony piasek na plaży. Wygląda to bardzo ładnie i dodatkowo cieszy oko :)
Kolej na cacuszko z mojej ukochanej marki Pupa - róż China Doll Blush nr 01. Oczarowało mnie przede wszystkim tłoczenie różu - gejsza z parasolką, która jest rozświetlaczem. Cudeńko, od którego nie mogłam oderwać oczu i które musiało, po prostu musiało, znaleźć się w mojej kosmetyczce. Poza tłoczeniem róż ma także piękny, kwiatowy zapach, ale nie jest on drażniący i po nałożeniu na policzki jest niewyczuwalny. Pomimo, że w puzderku róż wydaje się dość mocny, w rzeczywistości jest bardzo delikatny, a w połączeniu z rozświetlaczem daje delikatną mgiełkę koloru. Ma również w sobie drobinki, które są widoczne, jednak nie zauważyłam efektu bombki choinkowej, aplikuję go oszczędnie. Z resztą inaczej się nie da, ponieważ jest trochę twardy i nie da się go dużo nabrać na pędzel, co w tym przypadku jest zaletą.
I na koniec jedyny róż w kremie w mojej kolekcji i jednocześnie mój ulubieniec, IsaDora Glow Stick Blusher - nr 10 Rose Bud. Bardzo go lubię, przede wszystkim za prostotę w użytkowaniu, robię dwie kreski na policzkach, delikatnie je rozcieram palcem i już, makijaż gotowy. Rose Bud to jasny róż z delikatnymi różowymi i złotymi drobinkami, które na skórze są niewidoczne. Aplikacja jest banalnie prosta, lekko tłusta formuła jeszcze nie zrobiła mi krzywdy, nie mam żadnych niespodzianek, skóra na policzkach jest gładka i miękka. A efekt tafli jest niesamowity :)
Moim drugim ulubieńcem jest róż ArtDeco Glam Deluxe Blusher, o którym pisałam już w grudniu (KLIK). Mam też miniaturę różu Benefit Dandelion w zestawie Feelin' Dandy, o którym z kolei pisałam tutaj.
Mimo, że róży w kolekcji trochę już mam, to wciąż chcę poznawać nowe, eksperymentuję z kolorami, konsystencjami. I myślę sobie, że w tym miejscu mogę się Wam przyznać do tego, że szczerze pożądam dwóch benefitowych róży - Balla Bamby i nowego cuda w sztyfcie Fine One One i już odkładam na nie pieniążki :)
Celowo nie pisałam o trwałości prezentowanych róży ponieważ wg mnie jest to sprawa indywidualna. Ja np. często dotykam buzi i wiadomo, produkty szybciej się ścierają, co na mnie trwa 4h na kimś innym będzie się trzymało 8h albo tylko 2h.
Używałyście któryś z przedstawionych dzisiaj kosmetyków? Z ogromną przyjemnością poczytam o Waszych różowych ulubieńcach.
Pozdrawiam serdecznie!
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Przedświąteczne mani w odcieniach niebieskiego (Chanel 555 Blue Boy + Essence 125 Absolutely blue + Golden Rose Jolly Jewels 115)
Witam w pierwszym dniu ostatniego przedświątecznego tygodnia. Jak tam prezenty? Kupione już wszystkie, czy jeszcze polujecie na okazje w sklepach? Ja się nieskromnie przyznam, że od dwóch tygodni mam kupione prezenty, niektóre lądowały już w skrytkach pod koniec października :) Tak, wiem, że to szaleństwo, ale w tym roku postawiłam na święty spokój. Przede mną jeszcze tylko pakowanie, ale dla mnie to akurat najprzyjemniejszy etap.
Ale wracając do głównego tematu, mam dzisiaj dla Was kilka zdjęć mojego przedświątecznego lakierowego "szaleństwa". Miałam w planach coś typowo świątecznego, ale w ostateczności stanęło na dwóch odcieniach niebieskiego okraszonych brokatowymi błyskotkami. Oto wspomnieni w tytule, dzisiejsi bohaterowie:
Chanelka to moje wakacyjne szaleństwo. Kolor 555 o wdzięcznej nazwie Blue Boy pochodzi z tegorocznej kolekcji Les Jeans de Chanel. Jak tylko zobaczyłam go na zdjęciach promocyjnych to się rozchorowałam i tak długo dreptałam do Sephory, aż w końcu wydreptałam super promocję, która nie zrujnowała mojego portfela i zmniejszyła nieco wyrzuty sumienia związane z tą niebywałą rozrzutnością. Na szczęście lakier broni się swoją jakością. Konsystencja jest rzadka, ale nie rozlewa się po skórkach, pierwsza warstwa jest lekko transparentna, bez smug, druga daje pełne krycie i piękny szklisty połysk, który uwielbiam. Jedyna wada (poza ceną) to pędzelek, jak na moje standardy jest stanowczo za cienki, ale całkiem zgrabnie się nim maluje, niemniej jednak jestem zagorzałą zwolenniczką szerokich pędzelków, więc ten mnie nie zachwyca.
Essence z kolei to mój ukochany odcień błękitu.Jest po prostu cudowny. Chłodny, kremowy idelanie komponuje się z odcieniem mojej skóry. Cukierkowy błękit idelany na lato i na zimę. Kolor cud, miód, orzeszki :) Co do jakości to jak najbardziej w porządku, też jest wodnisty, ale nieźle się nakłada, pierwsza warstwa trochę smuży, ale druga to idelane krycie. Pędzelek fajny, szeroki, tylko trafił mi się taki krzywo przycięty. Wykończenie kremowe, ale ze szklistym połyskiem.
O Jolly Jewels już pisałam w dwóch postach, więc nie będę w tym przypadku wdawać się w szczegóły. Dodam tylko, że baza lekko rozbieliła essenciaka :)
A oto efekt końcowy:
Ale wracając do głównego tematu, mam dzisiaj dla Was kilka zdjęć mojego przedświątecznego lakierowego "szaleństwa". Miałam w planach coś typowo świątecznego, ale w ostateczności stanęło na dwóch odcieniach niebieskiego okraszonych brokatowymi błyskotkami. Oto wspomnieni w tytule, dzisiejsi bohaterowie:
Chanelka to moje wakacyjne szaleństwo. Kolor 555 o wdzięcznej nazwie Blue Boy pochodzi z tegorocznej kolekcji Les Jeans de Chanel. Jak tylko zobaczyłam go na zdjęciach promocyjnych to się rozchorowałam i tak długo dreptałam do Sephory, aż w końcu wydreptałam super promocję, która nie zrujnowała mojego portfela i zmniejszyła nieco wyrzuty sumienia związane z tą niebywałą rozrzutnością. Na szczęście lakier broni się swoją jakością. Konsystencja jest rzadka, ale nie rozlewa się po skórkach, pierwsza warstwa jest lekko transparentna, bez smug, druga daje pełne krycie i piękny szklisty połysk, który uwielbiam. Jedyna wada (poza ceną) to pędzelek, jak na moje standardy jest stanowczo za cienki, ale całkiem zgrabnie się nim maluje, niemniej jednak jestem zagorzałą zwolenniczką szerokich pędzelków, więc ten mnie nie zachwyca.
Essence z kolei to mój ukochany odcień błękitu.Jest po prostu cudowny. Chłodny, kremowy idelanie komponuje się z odcieniem mojej skóry. Cukierkowy błękit idelany na lato i na zimę. Kolor cud, miód, orzeszki :) Co do jakości to jak najbardziej w porządku, też jest wodnisty, ale nieźle się nakłada, pierwsza warstwa trochę smuży, ale druga to idelane krycie. Pędzelek fajny, szeroki, tylko trafił mi się taki krzywo przycięty. Wykończenie kremowe, ale ze szklistym połyskiem.
O Jolly Jewels już pisałam w dwóch postach, więc nie będę w tym przypadku wdawać się w szczegóły. Dodam tylko, że baza lekko rozbieliła essenciaka :)
A oto efekt końcowy:
I jak Wam się podoba?
Pozdrawiam :)
PS. Musicie mi wybaczyć nie do końca najlepszą jakość zdjęć. Wracam do domu późno i tylko wieczorem mogę cyknąć dla Was fotki, sztuczne światło niestety nie daje takiego efektu jaki bym chciała :(
piątek, 14 grudnia 2012
Dobry mani to podstawa
Dzisiaj chciałabym Wam zaprezentować 3 produkty, bez których nie mogę się obyć kiedy maluję paznokcie. Prawda jest taka, że lubie mieć perfekcyjny manicure (a która z nas nie lubi?), a że maluję pazurki raz w tygodniu, lakier musi mi się trzymać przynajmniej 5 dni i przez ten czas wyglądać nienagannie. Oczywiście dużo, jeżeli nie najwięcej, zależy od lakieru, ale dobre przygotowanie to podstawa :) Metodą prób i błędów znalazłam kilka kosmetyków, które są po prostu niezawodne. Oto i one (od lewej):
1. OPI Natural Nail Base Coat,
2. PAESE Akrylowy Utwardzacz do Paznokci,
3. ESSENCE Nail Art Express Dry Drops.
OPI Natural Nail Base Coat (poj. 15 ml) - baza, którą stosuję już od kilku lat, mój pierwszy zakup OPI. Zdradziłam ją tylko raz (na krótko) z Sally Hansen Double Duty i szybciutko do niej wracałam. Dla mnie jest niezastąpiona. Wg producenta jest to baza z formułą przedłużającą trwałość manicure, zapobiega odbarwieniom naturalnych paznokci i zwiększa przyczepność lakieru do paznokci. I taka jest naprawdę, lakier na nią nałożony jest w zasadzie nie do zdarcia, odkąd jej używam ani razu nie miałam odbarwionej płytki, a często używam czerwieni lub bardzo ciemnych kolorów. Po zmyciu paznokcie są bielusieńkie. Baza po nałożeniu daje fajny pół matowy efekt, płytka paznokcia wygląda bardzo zdrowo, może to też dzięki lekko różowemu zabarwieniu preparatu. Jestem w połowie już drugiej buteleczki i wiem na pewno, że będzie trzecia, ale to za czas jakiś bo baza jest bardzo wydajna - tę buteleczkę mam już grubo ponad rok. Wady? Tylko jedna - cena, ale wydajność i skuteczność niewątpliwie ją rekompensują.
Używałyście lub używacie, któryś z opisanych produktów? A może macie już swoje hity?
1. OPI Natural Nail Base Coat,
2. PAESE Akrylowy Utwardzacz do Paznokci,
3. ESSENCE Nail Art Express Dry Drops.
OPI Natural Nail Base Coat (poj. 15 ml) - baza, którą stosuję już od kilku lat, mój pierwszy zakup OPI. Zdradziłam ją tylko raz (na krótko) z Sally Hansen Double Duty i szybciutko do niej wracałam. Dla mnie jest niezastąpiona. Wg producenta jest to baza z formułą przedłużającą trwałość manicure, zapobiega odbarwieniom naturalnych paznokci i zwiększa przyczepność lakieru do paznokci. I taka jest naprawdę, lakier na nią nałożony jest w zasadzie nie do zdarcia, odkąd jej używam ani razu nie miałam odbarwionej płytki, a często używam czerwieni lub bardzo ciemnych kolorów. Po zmyciu paznokcie są bielusieńkie. Baza po nałożeniu daje fajny pół matowy efekt, płytka paznokcia wygląda bardzo zdrowo, może to też dzięki lekko różowemu zabarwieniu preparatu. Jestem w połowie już drugiej buteleczki i wiem na pewno, że będzie trzecia, ale to za czas jakiś bo baza jest bardzo wydajna - tę buteleczkę mam już grubo ponad rok. Wady? Tylko jedna - cena, ale wydajność i skuteczność niewątpliwie ją rekompensują.
PAESE Akrylowy Utwardzacz do Paznokci - to produkt po prostu genialny, do którego podchodziłam jak przysłowiowy pies do jeża i sama nie wiem czemu? No cóż ... czasem tak mam, ale bardzo się cieszę, że go wypróbowałam. Nie zamieniłabym go na żaden inny. Moim problemem jest bardzo miękka płytka paznokcia, która wygina się na wszystkie strony. Wiadomo, lakier nie guma, nie rozciąga się i na końcówkach oraz po bokach już po jednym dniu od malowania na lakierze pojawiały się pęknięcia. Wiadomo jak to się kończyło, odpryskami :( Do tego nie mogłam nosić pastelowych lakierów ponieważ pęknięcia były widoczne i moje paznokcie wyglądały jak przykurzone, mało estetyczny widok. I wtedy z pomocą przyszła mi Mama usilnie namawiając do zastosowania utwardzacza Paese. I stał się cud! Nic nie pęka, nic nie odpryskuje, wszystko pięknie się błyszczy i wreszcie mam mani o jakim zawsze marzyłam. Witajcie pastele! Naprawdę trzyma lakier w ryzach. Mojej Mamie zdarza się nosić mani nawet dwa tygodnie (!!), a paznokcie wyglądają jakby były malowane dzień wcześniej. U mnie 7 dni max z racji na miękkie pazurki. Wady? Dwie. Dostępność: pojawia się i znika, zawsze kupuję kilka buteleczek na zapas oraz trochę długo schnie, ale ten problem rozwiązuje następny prezentowany preparat. Produkt otrzymał tytuł Doskonałości Roku Towjego Stylu 2010.
ESSENCE Nail Art Express Dry Drops - kropelki wysuszające. Tańszy (co absolutnie nie znaczy gorszy) zamiennik kropelek Inglota. Tak naprawdę nie widzę między Essence a Inglotem żadnej różnicy w jakości, w cenie owszem :) Wg opisu, kropelki wysuszają lakier w 60 sekund, i należy zastosować 1-2 kropelki na paznokieć na świeżo pomalowany lakier. Ja czekam 5 minut i "kropelkuję", potem dla pewności siedzę jeszcze z 10 minut i przystępuję do jakiejkolwiek czynności bez większych obaw, że lakier się uszkodzi. Produkt genialny w swej prostocie, dodatkowo bardzo podoba mi się forma aplikacji, pipetka jest wygodna, poręczna. Co tu dużo ukrywać, rewelacyjny preparat, w szczególności do osób, które paznokcie malują w niedzielę wieczorem :D Używałyście lub używacie, któryś z opisanych produktów? A może macie już swoje hity?
Subskrybuj:
Posty (Atom)








