Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maybelline. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maybelline. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 marca 2014

Maybelline New York Color Tattoo, czyli dlaczego czasem warto dać drugą szansę

Jako posiadaczka tłustych powiek, z których bez bazy spływa dosłownie wszystko, z ogromną rezerwą podchodziłam do cieni w kremie. Kiedy na ryku pojawiły się Color Tattoo od Maybeline New York postanowiłam zmierzyć się z taką formułą kosmetyku. Przygarnęłam biel i turkus. Niestety nie dogadałam się w tedy z Coloor Tattoo, cienie nie trzymały się ani na bazie, ani tym bardziej bez niej, odkładały się w załamaniu powieki, blakły, ścierały się, ogólnie rozczarowanie. Pożegnałam się z nimi bez żalu i obiecałam sobie już nigdy po nie nie sięgać.

Gdybym tej obietnicy dotrzymała, dzisiejszy post nie ujrzałby światła dziennego. Jakiś czas po tym kiedy wspomniane pierwsze egzemplarze "Tatuaży" wylądowały za oknem, dołączyłam do blogosfery? I co? A to, że znalazłam całą masę pieśni pochwalnych wychwalających Color Tattoo pod niebiosa i wskazujących je jako obowiązkowy punkt listy chciejstw na zakupy w Rossmannie w trakcie 40% zniżki na kolorówkę. I pękłam, postanowiłam Color Tattoo dać drugą szansę, kupiłam On and on bronze i tak go pokochałam, że w ciągu kilku miesięcy moja kolekcja rozrosła się do 6 sztuk, które dzielnie towarzyszą mi w codziennym makijażu.


Color Tattoo zamknięte są w szklanych słoiczkach, charakteryzują się miękką, kremową konsystencją oraz świetną pigmentacją. Nakładam je palcami, chociaż można to zrobić również syntetycznym pędzelkiem do cieni, jak kto woli, jak komu wygodniej. Cienie nakładają się wyśmienicie, świetnie się ze sobą łączą, dobrze blendują, chociaż trzeba z nimi pracować szybko, ponieważ szybko zasychają. Znakomicie sprawdzają się solo oraz jako baza pod cienie pudrowe lub pigmenty oraz jako linery. Zmywanie cieni jest łatwe, ja usuwam je płynem micelarnym. Nie wiem jak to się stało, że biel i turkus w ogóle się nie trzymały, ale odcienie, które za chwilę Wam zaprezentuję, na bazie są po prostu nie do zdarcia, nałożone rano wytrzymują do późnego wieczora w niezmienionym stanie. Regularna cena pojedynczego słoiczka to ok. 35 zł, często można je dostać w promocji za około 20-25 zł.


On and on bronze - absolutny ulubieniec, towarzysz codziennego makijażu, niezbędny kiedy na jego wykonanie mam kilka minut. To ciepły, złocisty brąz o metalicznym wykończeniu, pięknie podkreśla spojrzenie i je rozświetla. Uwielbiam go również jako bazę pod pigmenty, szczególnie w połączeniu z pigmentem nr 85 z Inglota, wygląda wtedy zniewalająco.


Eternal Silver - klasyczne, skrzące się, metaliczne srebro, czasem używam go w codziennym makijażu do rozświetlenia wewnętrznego kącika oka, ale dla mnie niezrównany jest jako baza pod pigmenty, rewelacyjnie podbija ich kolor wydobywając z nich to co najlepsze.


Endless Purple - z tym gagatkiem lubię się najmniej, jak dla mnie odcień jest nieco zbyt chłodny i nie jest tak metaliczny jak dwa poprzednie, jest również mniej nasycony, przez co na oku zdarza mu się robić plamy, ale i dla niego znalazłam zastosowanie - świetnie sprawdza się jako baza pod smoky, ostatnio robiła na nim fioletowe smoky i wyszło jak marzenie :)


Pink Gold - ten i następne kolory niestety nie są dostępne w Polsce. Jest to cudowne połączenie chłodnego różu ze złotem, kapitalnie wygląda na powiece, rozświetla spojrzenie, nadaje mu świeżości, mimo metalicznego wykończenia pozostaje dyskretny, a w połączeniu z czarną, graficzną kreską wygląda obłędnie. Obok On and on bronze to jeden z moich "tatuażowych" ulubieńców. Jest po prostu piękny :)


Metallic Pomegranate - kolejna piękność, bordo ze złotymi drobinkami, mówię Wam na oku wygląda obłędnie, jest metaliczny, ale mniej niż np. Pink Gold. Nie odważyłam się go nałożyć na całą powiekę, ale w zewnętrznym kąciku oka w połączeniu z Pink Gold wygląda pięknie, to jedno z moich ulubionych połączeń.


Eterenal Gold - nie jest to do końca mój kolor, ale zadziwiająco ładnie wygląda na powiece, jest metaliczny, ale nieco mniej napigmentowany od pozostałych, dzięki czemu na oku pozostawia migoczącą mgiełkę koloru, świetnie się sprawdza do rozświetlenie samego kącika. Nie próbowałam go jeszcze jako bazy pod pigmenty, ale podejrzewam, że może dać ciekawy efekt :)

A tutaj same swatche:
 na górze (od lewej): On and on bronze, Eternal Silver, Endelss Purple,
na dole (od lewej): Pink Gold, Metallic Pomegranate, Eternal Gold

Obecnie bez Color Tattoo nie wyobrażam sobie swojego codziennego makijażu, chociaż chciałabym wyrazić swoje ubolewanie nad bardzo ubogą i niestety ponurą gamą kolorystyczną jaka jest dostępna na naszym rynku i autentycznie przykro mi się robi kiedy w sieci widzę ile kolorów można znaleźć za granicą.

Lubicie Color Tattoo? Jaki jest Wasz ulubiony odcień?

niedziela, 5 stycznia 2014

The Very Best Of..., czyli subiektywny przegląd 2013 roku

Hej!

Tak, wiem, że zapewne wiele z Was ma już po kokardę wszelkich podsumowań, rankingów, ulubieńców, bubli etc. Ja osobiście uważam, że takie podsumowania są bardzo przydatne i praktyczne, czasami wcale nie jest łatwo odnaleźć w gąszczu postów te, które zawierają recenzje ulubionych kosmetyków, a posty o ulubieńcach zbierają wszystko w "pigułkę" :)

Chciałam wybrać dosłownie garstkę kosmetyków, bez których nie mogłam się obejść w minionym roku, okazało się, że jest ich więcej niż przypuszczałam. Większość kosmetyków była już recenzowana na blogu, więc znajdziecie przy nich linka do odpowiedniego postu.

 Ciekawa jestem czy któryś z moich ulubieńców, jest również Waszym numerem jeden :D To lecimy!

***** PIELĘGNACJA *****


1. Cetaphil, łagodna emulsja micelarna do mycia - zdecydowanie tegoroczne odkrycie w kwestii oczyszczania twarzy. Po wielu próbach i błędach w końcu znalazłam produkt, który jednocześnie oczyszcza i pielęgnuje moją skórę. Dodatkowy plus za niesamowitą wydajność. (recenzja)

2. MIXA Krem CC+, krem  łagodzący SPF 15 przeciw zaczerwienieniom - naprawdę myślałam, że na moje wiecznie czerwone poliki już nic nie zadziała, do momentu kiedy na naszym rynku pojawiła się francuska marka Mixa, ze swoim szeroko reklamowanym kremem CC+. Przejadły mi się wszelkie BB, dlatego pierwotnie do propozycji MIXY podeszłam negatywnie, ostatecznie krem okazał się strzałem w dziesiątkę, a na potwierdzenie powyższego zdradzę Wam w sekrecie, że wczoraj zakupiłam kolejną tubkę, co w przypadku kremu do twarzy zdarza mi się niezmiernie rzadko, żeby nie powiedzieć wcale. (recenczja)

3. Farmona, Sweet Secret, zestaw balsam do ciała + cukrowy peeling o zapachu Korzennych Pierniczków z Lukrem - świetny duet o zniewalającym zapachu najprawdziwszych pierniczków polnych cudownie słodkim lukrem. Mówię Wam, czysta poezja. Jeśli chodzi o walory pielęgnacyjne to balsam jest dla mnie nieco za lekki, ładnie nawilża, ale moja sucha skóra potrzebuje jednak cięższej konsystencji. Peeling dobrze ściera i wygładza, ze zwykłej kąpieli robi prawdziwą ucztę dla zmysłów. I żeby te produkty były najgorszymi na świecie (na szczęście nie są), zapach sprawi że wybaczę im wszystkie niedostatki :D

4. Lush, Catastrophe Cosmetic, maseczka do twarzy - absolutny hit, nic, ale to naprawdę nic tak nie oczyszczało, wygładzało i matowiło mojej cery jak to szare, średnio pachnące cudo. Do tej pory nie mogę odżałować, że moja przygoda z tym cudem skończyła się na jednym opakowaniu. Jak tylko napotkam Lush na mojej drodze, zaopatrzę się w odpowiedni zapas tej maseczki, mam nadzieję, ze można ją zamrozić. (recenzja)

5. Pat&Rub, balsamy do rąk - na zdjęciu reprezentowane przez balsam z serii Otulającej. Przez moje ręce przewinęło się wiele kremów do rąk, ale to właśnie z P&R dogadały się najlepiej, odkąd je stosuję, moje dłonie są gładkie, miękkie i mniej skore do podrażnień. Na blogu recenzowałam wersję rewitalizującą, która wg mnie jest nieco lżejsza do wersji Otulającej, która jak dla mnie jest bardziej treściwa, a co za tym idzie, lepsza na okres jesienno-zimowy. (recenzja)

***** MAKIJAŻ *****

*** TWARZ ***


1. NYX, Rozświetlacz do twarzy i ciała, kol. IBB02 Chaotic - marka NYX, to moje zeszłoroczne odkrycie, ma świetne jakościowo kosmetyki w naprawdę przyjaznych cenach. Prezentowany rozświetlacz spełnia się również w roli różu, dzięki czemu świetnie sprawdza się w szybkim, porannym makijażu. Ma cudowny kolor, który łączy w sobie w proporcjach idealnych odcienie różu, moreli i złota, pozostawia na skórze idealną mgłę koloru i światła. Ostatnio użyłam go do makijażu do zdjęcia do dowodu i bardzo podobał mi się efekt jaki był widoczny na zdjęciu - jak z okładki, i przez kolejne 10 lat nie będę musiała się wstydzić pokazywać dowodu :) Jest trwały, wytrzymuje na twarzy cały dzień.

2. Revlon, podkład Colorstay, w kol. 180 (do cery tłustej i mieszanej) - zakup przypadkowy, nie planowany, z którego zrodziła się ogromna miłość. Świetnie matuje, trzyma się cały dzień, nie robi efektu maski, ponadto nie uczulił, nie podrażnił i nie spowodował wysypu niechcianych gości na twarzy. (recenzja)

3. Biochemia Urodu, Puder Bambusowy - bez niego nie wyobrażam sobie swojego codziennego makijażu. Dobrze matuje, zmiękcza rysy, nie bieli twarzy. Wklepany dużym pędzlem w strefę T pozostawia ją matową na wiele godzin. A żeby tego było mało kosztuje grosze i jest niesamowicie wydajny. (recenzja)

4. ArtDeco, Glam Deluxe Blusher - z tego co pamiętam, to ten róż znalazł się również w zeszłorocznych ulubieńcach. Kolejne połączenie różu i rozświetlacza, ale bardziej delikatne i subtelne niż wspomniany NYX. (recenzja)

5. Maybelline NY, Dream Lumi Touch, rozświetlający korektor pod oczy - lubię go gównie za lekką konsystencję i niezłe krycie, co prawda zdarza mu się wchodzić w załamania, ale wystarczy do dobrze rozprowadzić, aby tego uniknąć. Nie wysusza, nie podrażnia, jest bardzo wydajny. Niestety nie wiem jaki mam numer, nie pamiętam i nie mogę znaleźć tej informacji na opakowaniu :(

*** OCZY ***


1. Sleek, Vintage Romance Palette, paleta cieni do oczu - to moja pierwsza paletka ze Sleek'a i od razu narodziła się między nami ogromna miłość. Uwielbiam ją za zestawienie kolorów (brązy, fiolety, śliwki), cienie mają świetną konsystencję, taką kremowo-pudrową, o pigmentacji nie wspominając, kapitalnie się blendują, wykonywanie nią makijażu to czysta przyjemność. Myślę o zakupie kolejnych palet Sleek'a :)

2. Lovely, Pump Up Mascara - największe zaskoczenie zeszłego roku. Nie lubię tuszy z silikonowymi szczoteczkami, odczuwam dyskomfort podczas ich używania, ponieważ ich włoski kują mnie w powieki. Ale potrzebowałam nowego tuszu, budżet miałam uszczuplony, więc pomna na blogerskie zachwyty sięgnęłam po niepozorną żółto-niebieską maskarę. Tusz jest rewelacyjny, świetnie rozczesuje, ładnie wydłuża i lekko podkręca rzęsy, są bardzo naturalne. Dla mnie efekt bomba. Jedyna wada, to że szybko wysycha. Tak się z tym tuszem polubiłam, że mam już 3 lub 4 opakowanie, dokładnie nie pamiętam :)

3. MAC, Pressed Pigment, w kol. Rock Candy - pierwszy produkt MAC z jakim miaałam do czynienia. Lubię za trwałość i migoczący efekt na powiekach. I za to, że nie zużyję go chyba do końca swoich dni :) (recenzja)

4. Myybelline, Color Tatoo, w kol On-And-On-Bronze i Eternal-Silver - z tatuażami od MNY mam nie lada problem, z bielą, turkusem i fioletem się nie lubię, ale już z metalicznym brązem i ze srebrem lubię się i to nawet bardzo. Dobrze się nakładają i stanowią świetną bazę pod sypkie pigmenty Inglota. Na bazie są nie do zdarcia.

5. DAX Cosmetics, Cashmere, baza pod cienie - świetny zamiennik dla bazy ArtDeco. Początkowo bardzo jej nie lubiłam, odłożyłam i wróciłam do niej po czasie i wtedy okazało się, że jest rewelacyjna. Świetnie podbija kolor cieni oraz przedłuża ich trwałość wzorowo.

*** USTA ***


1. Maybelline, Color Sensational Shine Gloss - uwielbaam z lekką, nieklejącą formułę, za soczyste odcienie i piękny połysk. (recenzja)

2. Pupa Milano, Shine Lip Gloss, Pupa Princess, szminka w płynie - absolutny ulubieniec ostatnich miesięcy, wg mnie najlepszy produkt w świątecznej kolekcji Pupy. Trwała, kryjąca i lekka formuła, przepiękny odcień brudnego, zgaszonego różu, do tego piękny  połysk. Idealna do codziennego makijażu.

Uff, to dotarłam do końca, mam nadzieję, że Wy także :) I co myślicie o moich tegorocznych ulubieńcach?

wtorek, 13 sierpnia 2013

Maybelline New York Diamond Glow by Eyestudio 01 - Purple Drama

Kiedy jakiś czas temu w Rossmannie panowała 40% obniżka na kolorówkę i pielęgnację twarzy do moich zbiorów trafiło kilka całkiem fajnych "kąsków". Jednym z nich była paletka cieni do powiek od MNY. Ponieważ moje szare oczy najlepiej czują się w fioletach i różach, bez wahania wpakowałam do koszyka paletkę właśnie w takich odcieniach z nr 01 - Purple Drama. Aż mnie rączki swędziały do testowania, a oczy się świeciły z radości, że dostaną taką ładną oprawę. Czy dostały?


Niestety nie do końca. Owszem kolory są piękne, ale tylko w opakowaniu, nałożone na powiekę tracą swoją moc (nawet z bazą), a kolory zlewają się w jedną błyszczącą poświatę. Jedynie najciemniejszy fiolet wybija się na tle reszty i jako tako podkreśla oko. Cienie są dosyć twarde i suche i nie za bardzo chcą się nabierać na pędzelek, ciężko się je blenduje. Aby uzyskać kolor na powiece trzeba nałożyć kilka warstw co niestety przypłacimy policzkami osypanymi drobinkami brokatu, ponieważ cienie okrutnie się sypią.  Kiedy używam tej palety najpierw wykonuję makijaż oka, potem przecieram buzię chusteczką do demakijażu i dopiero nakładam podkład i całą resztę.


Swatche:


A tak cienie prezentują się na oczach:



Mam mieszane uczucia odnośnie tej palety. Z jednej strony umieszczone w niej kolory w 100% odpowiadają moim upodobaniom, z drugiej bardzo słaba pigmentacja i problematyczne nakładanie zniechęca mnie do jej używania. Sięgam po nią sporadycznie i tylko wtedy kiedy mam więcej czasu na wykonanie makijażu.

Używałyście palet z tej serii MNY. Co o nich sądzicie?

sobota, 13 lipca 2013

Szminkowy szał! - Maybelline NY Super Stay 14hr Lipstick nr 540 Ravishing Rouge, nr 160 Infinitely Fuchsia i nr 430 Stay With Me Coral

Dawno, dawno temu, kiedy byłam piękna, młoda i wysoka (teraz jestem już tylko piękna ;P) nie wyobrażałam sobie abym kiedykolwiek mogła sięgnąć po szminkę. Zdecydowanie bardziej lubiłam lekkie, transparentne błyszczyki. W szminkach czułam się zmalowana a nie umalowana, wydawały mi się po prostu za ciężkie. Przez wiele lat kręciłam nosem na pomadki, ale nie ukrywajmy, że przez te kilkanaście lat szminki przeszły małą rewolucję, mamy teraz do wyboru całą gamę kolorów, wykończeń i formuł, a każda marka ma w swojej ofercie przynajmniej kilka rodzajów pomadek, tak więc każda z nas znajdzie coś dla siebie.

Swoją przygodę ze szminkami zaczęłam jakieś dwa, może trzy lata temu. Czegoś zaczęło mi brakować w codziennym makijażu, potrzebowałam czegoś nowego, potrzebowałam atrybutu kobiecości - potrzebowała szminki! Kręciłam się po Rossmanie tudzież Super-Pharmie i oglądałam, sprawdzałam, próbowałam. W końcu wybrałam dwie szminki, jedną w neutralnym różo-beżu i drugą w krwistej czerwieni, były to szminki Rimmela sygnowane przez Kate Moss, przygoda z nimi okazała się na tyle udana, że mój zbiór zaczął się niepokojąco powiększać :) Dzisiaj jednak przedstawię Wam szminki Maybelline NY Super Stay 14hr Lipstick, które trafiły do mnie dzięki 40% obniżce na kolorówkę w Rossmannie :)


Maybelline NY Super Stay 14hr Lipstick dostępną są w dziesięciu kolorach, ja w swojej kolekcji mam trzy:
- nr 540 Ravishing Rouge (zgaszona czerwień),
- nr 160 Infinitely Fuchsia (jasna fuksja),
- nr 430 Stay With Me Coral (jasny koral).

Szminki mają ładne opakowania. Ich niezaprzeczalnym plusem jest to, że od razu widzimy kolor pomadki, nie musimy jej szukać w kosmetyczne i sprawdzać numeru, wyjmujemy i wiemy co trzymamy w ręku. Plastik jest solidny, nadruki trwałe, biała skuwka zamyka się na "klik" więc nie powinna nam się przypadkowo otworzyć w torebce. Srebrna oprawka ze szminką obraca się gładko i się nie zacina. Numer i nazwa koloru znajdują się na przezroczystej naklejce na spodzie opakowania.




Szminki mają dość suchą i tępą konsystencję, jednak po zetknięciu z wargami ocieplają się i całkiem przyjemnie nakładają. Niestety w zależności od koloru, szminki różnią się nieco swoimi właściwości. Nr 540 i 160 są do siebie bardzo podobne, nakładają się równo i łatwo, są mocno napigmentowane, trzeba je nakładać bardzo precyzyjnie. Najsłabsza z całej trójki okazała się koralowa pomadka opatrzona numerkiem 420, podczas nakładania wyłażą z niej mało estetyczne grudki (co będzie widać na swatch'ach) przez co nakłada się nierówno i wygląda nieestetycznie, trzeba się z nią nieźle napracować.

Wszystkie trzy szminki mimo, że na pierwszy rzut oka wydają się matowe dają bardzo ładne satynowe wykończenie. Kiedy chcę uzyskać wyrazisty makijaż ust nakładam je normalnie na usta, już jedna warstwa pokrywa je intensywnym, lekko połyskującym kolorem. Ale znalazłam też sposób jak używać ich na co dzień. Nakładam je punktowo na usta, niezbyt precyzyjnie i po prostu wklepuję, usta zyskują kolor, ale wyglądają bardzo naturalnie i w takim wydaniu lubię je najbardziej. Unikam wtedy też powstawania grudek, o których wspominałam wcześniej.

Producent obiecuje czternastogodzinną trwałość. W moim przypadku jest to kilka godzin i to wtedy, kiedy wklepię szminkę w usta. Nałożona bezpośrednio ze sztyftu nie przetrwa jedzenia i picia, ściera się równomiernie, jednak pozostawia na ustach ślad koloru, zupełnie tak, jakbyśmy zamiast szminki użyły stainu, właśnie ten "ślad" trwa na ustach bardzo długo. Jedno jest pewne Meybelline NY Super Stay 14hr Lipstick to najtrwalsze szminki jakie posiadam.

A teraz czas na swatche. :D

Jako pierwsza do mojej kolekcji trafiła zgaszona czerwień, czyli nr 540 Ravishing Rouge. Piękny, głęboki i bardzo elegancki kolor. Jakościowo najlepsza.


Kolejna była fuksja z nr 160 (Infinitely Fuchsia), świetny, energetyczny róż. Bardzo letni. Zdarza się jej czasem zostawić grudki.


Na samym końcu do szuflady wpadła szminka nr 430 Stay With Me Coral kolor w sam raz do codziennego makijażu. Niestety jakościowo najsłabsza :(

widzicie te okropne grudki?

I jeszcze porównanie:

1. nr 540 Ravishing Rouge, 2. nr 160 Infinitely Fuchsia, 3. nr 430 Stay With Me Coral,
4. od lewej: nr 540, nr 160, nr 430

Podsumowując szminki Maybelline NY Super Stay 14hr Lipstick to kosmetyk wart uwagi. Pomadki są trwałe, przyjemnie się noszą, chociaż ich jakość zależy od koloru. Może nie są idealne, ale lubię po nie sięgać i z czystym sumieniem mogę je Wam polecić.

Ponieważ świat szminek cały czas jest dla mnie świeży i nowy wciąż poszukuję szminki idealnej. A Wy macie już swoje pomadkowe ideały? Co sądzicie o Maybelline NY Super Stay 14hr Lipstick?

PS. Postanowiłam nieco urozmaicić moje notki pod względem zdjęć. Niektóre połączyłam w "collage", zawsze podobały mi się takie zestawienia na innych blogach i sama zapragnęłam wprowadzić je na swoim. Mam nadzieję, że się Wam podobają :)

piątek, 31 maja 2013

Walczyłam niczym lwica, ale zdobyłam co chciałam!

Z kilkoma zadrapaniami (od pazurów), siniakami (głównie w okolicy kolan - od koszyków), garścią wyrwanych włosów i masą wspaniałości przeżyłam 40% obniżkę w Rossmannie. To już druga taka akcja, pierwszą nieco przegapiłam, kupiłam jedynie brązer Bourjois, który mnie okrutnie rozczarował, więc tym razem postanowiłam zdobyć kilka smakowitych kąsków i rozłożyłam sobie zakupy na kilka "nalotów". Pierwsze moje spostrzeżenie, to że tym razem Ross lepiej przygotował się do szturmu rozentuzjazmowanych i oszalałych kobiet, półki uginały się od kolorowych mazideł i tych do pielęgnacji twarzy, czego jednego dnia brakowało, następnego było uzupełnione. Spostrzeżenie numer 2 to: przy następnej takiej promocji odwiedzam Rossmanna o 7 rano i ani minuty później :)

No, to wstęp mamy za sobą, czas przejść do części poświęconej łupom wojennym (dosłownie). Postawiłam na kolorówkę, choć dla porządku i uspokojenia sumienia pielęgnacja również trafiła do koszyka. To lecimy:


Bourjois - rozświetlający peeling do twarzy,
Rimmel - lakier do paznokci z serii Salon Pro w kolorze Ultra Violet,
Maybelline - cienie do powiek Diamond Glow w kolorze 01 Purple Drama.


Rimmel - lakier do ust Apocalips w kolorze Apocaliptic,
Maybelline - pomadka do ust Super Stay 14hr Lipstick w kol. 160 - Infinitely Fuchsia i 430 - Stay With Me Coral.

Całość wygląda tak:


Zaszalałam, nie przeczę, ale 40% zniżki piechotą nie chodzi :D

środa, 1 maja 2013

Błyszczące trio - Maybelline New York Color Sensational Shine Gloss

Naszła mnie ostatnio ochota na kosmetyki do ust. Szminki, błyszczyki, tinty etc. częściej lądują w koszyczku podczas zakupów niż np. cienie do powiek, bez któryś kiedyś nie obyło się żadne drogeryjne polowanie. Jak to mówią, kobieta zmienną jest i ja w myśl tego powiedzenia właśnie zmieniłam swoje upodobania :)


Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić błyszczyki, które od pierwszej aplikacji zawładnęły moim makijażem i podbiły moje serce - Maybelline New York Color Sensational Shine Gloss w kol.:
- nr 150 - Pink Shock,
- nr 460 - Electric Orange, oraz
- nr 550 - Gleaming Grenadine.


Błyszczyki Maybelline New York Color Sensational Shine Gloss to wiosenna nowość marki. Poza wymienionymi kolorami na naszym rynku dostępne są jeszcze dwa: Glorious Grapefruit i Fuchsia Flash. Za granicą błyszczyki mają nieco inną nazwę - Color Sensational High Shine Gloss i są dostępne w aż 12 odcieniach. Czemu mnie to już nie dziwi?

Pomimo skromnego wyboru odcieni, są one naprawdę twarzowe i jestem przekonana, że każda z Was znajdzie coś dla siebie. Swoją przygodę z tymi błyszczykami zaczęłam od koloru Electric Orange, kiedy ten skradł moje serce czym prędzej popędziłam po Gleaming Grenadine, a kiedy i czerwień mnie oczarowała nie oparłam się pokusie i do tej dwójeczki dołączył jeszcze Pink Shock i na tym etapie stanowczo powiedziałam sobie: stop! Ale uwierzcie mi, łatwo nie było.

Błyszczyki zamknięto w prostych plastikowych opakowaniach o pojemności 6,8 ml. Nie jest to żadne mistrzostwo świata w kategorii pomysłowych opakowań, ale najważniejsze, że są one praktyczne i po prostu estetyczne. Aplikator to klasyczna gąbeczka i bardzo się z tego powodu cieszę, ponieważ wszelkiego rodzaju udziwnione aplikatory doprowadzają mnie do istnego szału. Gąbeczka jest miękka, nabiera odpowiednią ilość kosmetyku i gładko sunie po ustach.


Najmnocniejszą stroną błyszczyków jest ich konsystencja, lekka, nieklejąca i cudownie kremowa, dzięki czemu po nałożeniu usta są miękkie jak po zastosowaniu balsamu do ust. Bardzo mi się to podoba. Kolory są soczyste, półtransparentne ale dobrze napigmentowane, nie zawierają drobinek za to nadają ustom piękny połysk. Utrzymują się około 3 godzin, w starciu z jedzeniem lub piciem niestety nie mają szans, ale taka już uroda błyszczyków.

Standardowa cena to około 27 zł, teraz można je upolować na promocji za około 20 zł.

Czas na prezentację kolorów:


Electric Orange - ciepły, energetyczny pomarańcz, pięknie będzie się prezentował przy opalonej buzi, ale na tle skóry która jeszcze nie złapała pierwszych promieni słonecznych prezentuje się równie ładnie, ponieważ ociepla ją i rozświetla. Jest najbardziej dyskretnym odcieniem z tych, które posiadam.


Gleaming Grenadine - czerwień idealna, bardzo klasyczna, ale jednocześnie delikatna, świetnie sprawdza się i do codziennego makijażu jaki i do tego na większe okazje.


Pink Shock - słodki, cukierkowy róż, bardzo wiosenny, idealny na co dzień, jest dobrze napigmentowany i chyba najlepiej kryjący z całej trójki.

Color Sensational Shine Gloss niespodziewanie stały się moimi wiosennymi ulubieńcami, sięgnęłam po nie ochoczo jednak nie przypuszczałam, że tak je polubię (ostatnio zdarzyło mi się trafić na kilka bubli od MNY), te błyszczyki są po prostu rewelacyjne i z czystym sercem mogę je Wam polecić.



Próbowałyście już Color Sensational Shine Gloss? Który odcień najbardziej przypadł Wam do gustu?