Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kącik Kulturalny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kącik Kulturalny. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 marca 2015

Kącik kulturalny: Show'em What You're Made Of

Hej!

Nieco ponad rok temu, w tym poście, opisałam Wam pewien lutowy wieczór, w którym spełniło się jedno z moich największych marzeń, i w którym znów miałam kilkanaście lat i uśmiech na twarzy - koncert Backstreet Boys :) Jak się później okazało, nie był to ich jedyny koncert w Polsce, w lipcu znów zagrali, tym razem w Gdańsku, ale niestety nie mogłam być na tym koncercie i żałuję do dziś, jednak nie wątpię, że chłopaki zawitają do nas jeszcze nie raz.

Czas oczekiwania na kolejną płytę i trasę koncertową umiliła mi długo przeze mnie wyczekiwana premiera dokumentu pt. Show'em What You're Made Of, który powstał za okazji 20-lecia zespołu i opowiada jego historię od powstania, aż do momentu premiery 8 studyjnego albumu - In A World Like This i towarzyszącej mu trasy koncertowej. Pokazy filmu odbyły się w miniony poniedziałek, 16 marca, w sieci Multikino w całej Polsce, a chętnych do obejrzenia było sporo, np. w Warszawie w Złotych Tarasach zorganizowano dodatkowy seans :)


Show'em What You're Made Of to historia 5 chłopców, którzy dostali niepowtarzalną szansę, wykorzystali ją i dotarli na sam szczyt, stali się sławni i uwielbiani przez miliony. Jak się okazuje droga na samą górę wcale nie była usłana różami. Za sławę przyszło im słono zapłacić zdrowiem, uzależnieniami, odwykami, wypaleniem, odejściem jednego z członków grupy. Na ekranie oglądamy 5 dorosłych mężczyzn, którzy z rozbrajającą szczerością przyznają: tak, zostaliśmy stworzeni, mówiliśmy to co nam kazano mówić, śpiewaliśmy to co nam kazano śpiewać, wytwórnia wybierała za nas single, piosenki. Tak, tak było, ale teraz nie jesteśmy już od nikogo zależni, robimy to co chcemy, nagrywamy to co chcemy i jak chcemy.

Film przeplatany jest teledyskami, wywiadami z każdym z chłopaków i archiwalnymi materiałami z początków ich kariery, kiedy dopiero stawiali pierwsze kroki jako zespół, ćwicząc do upadłego choreografie i harmonię wokalną, śpiewając w szkołach, wszystko po to aby spełnić marzenie. Pomógł im je zrealizować Lou Perlman, człowiek, których ich stworzył i wypromował, ale też oszukał i okradł, który obecnie siedzi w więzieniu za matactwa finansowe. Zespół musiał mu zapłacić ciężkie pieniądze za prawa do tego co stworzyli. Towarzyszymy też chłopakom w podróży do miejsc z ich dzieciństwa, podróży pełnej emocji, śmiechu, bólu i łez. Nie dało się nie wzruszyć, kiedy Kevin opowiadał o swoim ojcu, a Nick wyznał, że jego rodzina widziała w nim jedynie znaczek dolara i kurę znoszącą złote jaja. Najbardziej poruszyła mnie jednak walka Briana o odzyskanie jego pięknego, dźwięcznego, wręcz anielskiego głosu, walka o każdy dźwięk i słowo. Chyba żadne słowa nie są w tanie opisać tego co on czuje, jak cierpi i zmaga się z chorobą, która zabiera mu najcenniejszy dar. W ogóle temat jest trudny nie tylko dla Briana, ale również dla całego zespołu, co z resztą sami przyznają w filmie.

Na senasie wylałam mnóstwo łez, ale też często śmiałam się tak, że aż mnie brzuch bolał, chłopaki mają nieprawdopodobny dystans do siebie i potrafią się śmiać z samych siebie. Boki zrywałam jak wspominali początki kariery, czyli gołe klaty, porozpinane koszule i ponętne ruchy na scenie, na widok których fanki mdlały, szalały i dały się pokroić żeby tylko tej klaty dotknąć. Sama taka byłam i aż się trzęsłam z uwielbienia na takie widoki :) I jak tak sobie przypominałam siebie sprzed tych kilkunastu lat to śmiałam się jeszcze głośniej :)

Film rzuca też nieco inne światło na kulisy ich sukcesu, jak już pisałam wcześniej zapłacili za niego wysoką cenę. Kiedy Brian przechodził operację serca, nawet nie odwołali koncertów, AJ i Nick za życie na świeczniku zapłacili uzależnieniem od alkoholu i narkotyków, a po 10 latach bajka się skończyła, mieli się nawzajem dość i na jakiś czas zawiesili działalność i od tej pory muszą walczyć z przypinaną im wiecznie łatką "próby powrotu na rynek muzyczny", Ale tak naprawdę oni wcale nie muszą na niego wracać bo wciąż na nim są, po latach 1999- 2002 roku, czyli okresie największej popularności, wydali 4 albumy i w planach mają kolejne, na ich koncerty walą tłumy, może nie takie jak te 10 lat temu, ale jednak tłumy :)

Dla mnie film był czymś więcej niż tylko historią o boysbandzie, dla mnie ten film był historią o 5 facetach, najlepszych przyjaciołach, którzy kumplują się na śmierć i życie, kłócą, dają po pysku, ale stoją za sobą murem i wyciągają za uszy z dna. Widzieli się w najlepszych i najgorszych momentach swojego życia i wg mnie, czy będą tworzyć zespół czy nie, wciąż będą mogli na siebie liczyć. I właśnie dlatego film polecam każdemu :)

sobota, 7 marca 2015

Kącik kulturalny: Próbując zrozumieć Greya

Cześć!

Na początek przychodzę do Was z postem z zaniedbanego cyklu "Kącik kulturalny" w ramach którego pojawiły się... dwa posty. Prawdziwy skandal, ale postaram się to nadrobić :) Dzisiaj na tapecie będzie wszechobecny Pan Szary, czyli Christian Grey, bohater bestsellerowej trylogii "50 twarzy Greya" autorstwa E.L. James.


Książka na rynku pojawiła się już kilka lat temu z miejsca robiąc furorę i od razu wskakując na pierwsze miejsca najlepiej sprzedających się książek. Pamiętam, że przy okazji premiery w Polsce, rozkręcono olbrzymią kampanię marketingową i gdzie nie zajrzałam, czy to była księgarnia czy gazeta, wszędzie było pełno Greya. Teraz mamy powtórkę z rozrywki, ponieważ w Walentynki na ekrany kin weszła ekranizacja pierwszej części trylogii a do kin przepuszczono prawdziwy szturm co przełożyło się na miliony monet zysku i pobite wszelkie rekordy otwarcia. I zaczęłam się zastanawiać o co chodzi, co takiego magicznego jest w tej historii, że porwała takie tłumy? Od razu przypomniałam sobie taki obrazek: jechałam do pracy tramwajem, na 4 miejscach obok siebie siedziały dziewczyny/kobiety z wypiekami na twarzy i każda z nich pochłaniała "50 twarzy Greya" i muszę przyznać, że wyglądało to całkiem zabawnie :)

W końcu ponad dwa tygodnie temu podjęłam próbę zrozumienia fenomenu Greya i sięgnęłam po pierwszą część trylogii. Nie liczyłam na wiele, recenzje jakie czytałam były raczej miażdżące, ale nie jestem z tych co wydają swoją opinię na temat czegoś o czym nie mają pojęcia, więc chciałam się sama przekonać czy faktycznie jest tak źle.

Historia jest bardzo prosta i do bólu schematyczna. Mamy młodziutką i niewinną główną bohaterkę - Anastasię Steel, która w trakcie wywiadu do gazety studenckiej poznaje obrzydliwie bogatego, nieziemsko przystojnego i bardzo tajemniczego biznesmena - Christiana Greya, Między dwójką bohaterów od razu zaczyna iskrzyć chociaż należą do zupełnie dwóch różnych światów. Brzmi znajomo? Tak, to współczesna wersja kopciuszka okraszona jedynie pikantnymi scenami cielesnych uniesień kochanków.

O ile pierwsze 100 stron pochłonęłam z zaciekawieniem, o tyle kolejne 500 lekko mnie znużyło. W zasadzie ciężko mówić tutaj o jakiejkolwiek akcji, kolejne rozdziały składają się z górnolotnych dialogów, rozwleczonych opisów erotycznych igraszek i gorączkowych rozmyślań Anastasii, które ze strony na stronę stają się coraz bardziej rozpaczliwe. Fabuła jest irracjonalna i wg mnie po prostu głupia, bo jak można inaczej nazwać zachowanie głównej bohaterki, która z zerowym doświadczeniem seksualnym daje się przywiązać do łóżka tudzież wychłostać pejczem/szpicrutą a ucieka z płaczem od swojego Księcia z Bajki gdy ten spuszcza jej manto w pupsko?

Najsłabszym punktem książki są bohaterowie a raczej ich brak, poza nijaką Anastasią i Christianem pojawia się kilka postaci drugoplanowych, niestety płaskich i bezbarwnych, w zasadzie nie wnoszących nic do fabuły. A największą zbrodnią wg mnie było zmarnowanie potencjału jaki drzemał w postaci Szarego, zgłębienie jego przeszłości, rozłożenie na czynniki pierwsze związku z Panią Robinson mogło być ciekawym wątkiem, kluczem do postaci, a tak wiemy jedynie, że jest jaki jest i niewiele chce zdradzać dlaczego taki jest, a każde pytanie na ten temat wywołuje w nim gniew.

Nie rozumiem fenomenu tej książki, wg mnie nie ma w niej nic wyjątkowego, nie ma nic magicznego co mogłoby spowodować, że zatęsknię za tą historią. Współczesnych historii o Kopciuszku było już wiele i ciężko jest wymyślić coś innowacyjnego w tym temacie. Seks? Wszędzie go pełno. Więc co?

Naprawdę próbowałam zrozumieć co przyciąga do Greya tylu czytelników i mi się nie udało. Może Wy mi pomożecie? Czytaliście powieści pani James? Co o nich sądzicie?

PS. O filmie się nie wypowiem, nie byłam i nie mam zamiaru iść, ale powiem w sekrecie, że na klapsa od Jamie'go Dornana wcale bym się nie obraziła :P Ot, takie humorystyczne zakończenie :)

wtorek, 25 lutego 2014

Powrót do przeszłości i spełnione marzenie

Hej!

Na wstępie, zanim zacznę, chciałabym serdecznie podziękować Fabrycznej, za umieszczenie mojego bloga na liście jej blogowych ulubieńców :) Dziękuję Ci Kochana, nawet nie wiesz jak mi humor poprawiłaś, jak mi się ciepło na serduchu zrobiło i jak bardzo się cieszę:) Moc uścisków :*

Przepraszam Was też za zastój na blogu, ale chwilowo praca wymaga ode mnie poświęcenia jej więcej czasu i uwagi i nie starcza mi już doby na mojego i wasze blogaski. Mam nadzieję, że ta burza niedługo się skończy i będę mogła w pełni powrócić do blogosfery :)

Niemniej jednak mam zamiar dzisiaj popełnić posta, posta wyjątkowego, posta długiego, takiego, którego jeszcze na Tęczowej Banieczce nie było, będzie trochę wspomnień, jeszcze więcej ekscytacji a wszystko to przyprawione lekką nutką nostalgii. Zabiorę Was dzisiaj w sentymentalną podróż w czasie, która zaczyna się w połowie lat 90-tych ubiegłego wieku. Gotowi? To zaczynamy :)

Jest rok 1996, mam 11 lat i pomału zaczynam odkrywać co to muzyka, zaczynam mieć swoich pierwszych idoli. Połowa lat 90-tych to czas popu i gazetek typu Bravo i Popcorn, obfitujących w wątpliwej jakości artykuły o ówczesnych gwiazdach estrady, ale kto na to wtedy zwracał uwagę? Liczyły się zdjęcia i plakaty, a każde pojawienie się kolejnego numeru w kiosku powodowało rumieńce na mej dziecięcej buzi. Nagle na firmamencie gwiazd pojawia się ONI - pięciu ślicznych chłopaczków, pięknie wystylizowanych (zgodnie z ówczesną modą), ładnie śpiewających i jeszcze lepiej tańczących (ale nie z gwiazdami) - Panie i Panowie na scenę wkracza boysband, który przez najbliższe lata zdominuje listy przebojów - oto Backstreet Boys! Moje dziewczęce serduszko wybucha szaloną miłością, sypie się lawina plakatów i artykułów wycinanych ze wszystkich gazet dostępnych na rynku, kasety zajmują honorowe miejsce na półce i z namaszczeniem są odsłuchiwane na walkmanie, a kiedy magnetofon wciąga taśmę wpadam w histerię...

Mija 18 lat, mamy rok 2014, wokół oczu pojawia się coś na kształt pierwszych zmarszczek, na głowie siwy włos się jeszcze nie sypnął, ale to zapewne kwestia czasu. Czy coś się jeszcze zmieniło? Przede wszystkim mój gust muzyczny, na przestrzeni tego czasu ewoluował, zmieniał się, ale wciąż odkrywam nowe obszary i na pewno nie mogę powiedzieć, że ostatecznie się ukształtował, to się chyba nigdy nie stanie. Zmienił się za to rynek muzyczny i on mi już nie odpowiada, nie bawią mnie narkotykowe ekscesy Biebiera, obnażająca się i niesmaczna Miley, wulgarna Rihanna, nie bawią mnie gołe piersi, pośladki i inne części ciała, dojrzałe kobiety udające, że wciąż mają mniej niż 25 lat, chcę muzyki, nie przerostu formy nad treścią, nawet jeśli jest to muzyka łatwa, prosta i przyjemna. I mimo tego wszystkiego, po 18 latach wciąż pozostaję fanką Backstreet Boys i nie boję się tego powiedzieć głośno. Więc kiedy pod koniec listopada zeszłego roku gruchnęła wiadomość, że chłopaki przyjeżdżają na koncert do Warszawy, po krótkiej chwili zwątpienia wiedziałam, że po prostu muszę tam być, koniec i kropka. Bilety kupiłam w ciągu 10 minut od rozpoczęcia sprzedaży i ze zdziwieniem patrzyłam, że 3/4 miejsc było już wykupionych. Bilety wysprzedały się na pniu, podobno w ciągu dwóch dni!! Byłam w szoku. W jeszcze większym szoku byłam, kiedy wiele osób myślało, że ten koncert jest jedynym koncertem, na który chłopaki się reaktywują. Otóż nic bardziej mylnego Kochani, oni wciąż istnieją, nagrywają i mają się świetnie. Po szczycie swojej kariery jaki osiągnęli na przełomie wieku zrobili sobie spontaniczną, bodajże 4 letnią przerwę, założyli rodziny, skupili się na solowych projektach, by w 2005 roku znów połączyć siły i wydać album "Never Gone". Dwa lata później, już jako kwartet, nagrali album "Unbreakable" (mój ulubiony) a w 2009 roku "This Is Us". Późnej wyruszyli w światową trasę koncertową z innym legendarnym boysbandem - New Kids On The Block, a w 2012 r. na dobre do zespołu powrócił Kevin i w połowie zeszłego roku na rynku pojawił się album "In A World Like This" i to w ramach trasy koncertowej promującej ten album chłopaki zawitali do Polski. Z nieznanych mi przyczyn w Polsce dawno postawiono na nich krzyżyk, uznając, że nikt ich już nie słucha. Nawet ostatni ich album jest w zasadzie w Polsce nieosiągalny, musiałam swoją kopię nabyć za pośrednictwem iTunes. Niedzielny koncert jednak pokazał, że jest całkiem spora grupa zapaleńców, którzy wciąż uwielbiają i słuchają BSB.

Kiedy zajechałam pod Torwar moim oczom ukazała się ogromna kolejka rozentuzjazmowanych kobiet (średnia wieku 25+), które przyjechały zobaczyć swoich idoli sprzed lat, a które chichotały i cieszyły się jak podlotki, które 18 lat temu wzdychały do ich plakatów. I ja wśród nich poczułam się jak w rodzinie. W końcu udało mi się dotrzeć na miejsce, hala póki co wypełniona w połowie, na telebimie na senie lecą fragmenty dokumentu o grupie (w zeszłym roku świętowali 20 lecie istnienia), a ja czuję narastającą ekscytację. Mija godzina 20.15, gasną światła, wypełniony już po brzegi Torwar rozbrzmiewa histerycznym wrzaskiem kilkutysięcznej widowni. Błysk świateł i są, oto oni, publika szaleje, wrzaski, krzyki, piski, zaczyna się zabawa. To były chyba jedne z najpiękniejszych chwil jakie przeżyłam w życiu, w ciągu tych dwóch godzin odleciałam na inną planetę, patrzyłam na swoich idoli, na pięciu dojrzałych mężczyzn, którzy wyglądają minimum o pięć lat młodziej niż wskazuje metryka, którzy nie udają kogoś kim nie są, mają do siebie i do tego co robią dystans, i świetnie się bawią w swoim towarzystwie i wiedzą, że wciąż fikają po scenie tylko i wyłącznie dzięki rozwrzeszczanemu tłumowi pod sceną, który z miłości rzucał w nich misiami, damską bielizną (tak tak, staniki i stringi stanowiły część show), polskimi flagami, kartonowymi serduszkami, a oni odwdzięczyli się skromnym w oprawie show, ale za to pełnym pozytywnej energii. Znów miałam 11 lat i zostawiłam na Torwarze kawałek (jeśli nie całe) swoje serce. Ten koncert był spełnieniem moich marzeń i cudowną odskocznią od dorosłego życia, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś chłopaki wpadną do nas z wizytą. Bo Backtreet Boys można kochać lub nienawidzić, lubić lub nie lubić, ale trzeba im przyznać, że czy to się komuś podoba czy nie, na stałe już wpisali się w historię muzyki rozrywkowej.

Kilka zdjęć z koncertu (mam też filmy, mój aparat kompaktowy nagrywa w jakości HD, więc domyślacie się jakiego banana mam na twarzy :D)







I dla przypomnienia kilka hitów z czasów, kiedy królowali na listach przebojów:

Everybody

I Want It That Way

Larger Than Life (mój ulubiony)

I coś nowego:

Show'Em (What You're Made of)

czwartek, 28 lutego 2013

Kącik kulturalny: Suzanne Collins - trylogia "Igrzyska Śmierci"

Hej!

Z założenia Rainbow Soap Bubble jest blogiem o kosmetykach, ale przecież nie samymi mazidłami człowiek żyje :) Musicie wiedzieć, że uwielbiam czytać, wprost kocham ten moment kiedy historia porywa mnie i fascynuje tak bardzo, że nie jestem w stanie oderwać się od książki. I dlatego wprowadzam cykl "Kącik czytelniczy", w którym będę się z Wami dzieliła książkami, które pochłonęły mnie bez reszty. Ponieważ jestem świeżo po przeczytaniu trylogii "Igrzyska Śmierci", to właśnie powieści Suzanne Collins będą pierwszymi bohaterami nowego cyklu :)

źródło: www.google.pl/images

Przygoda z "Igrzyskami..." zaczęła się w sumie niewinnie. Rok temu na ekrany kin weszła ekranizacja pierwszego tomu trylogii. Jako, że miałam zamiar obejrzeć film, musiałam bezwzględnie najpierw przeczytać książkę. W międzyczasie koleżanka czytała i kiedy pytałam się czy fajne, odpowiedziała mi dość enigmatycznie: "No wiesz... jak lubisz powieści s-f to powinno Ci się podobać.". Wielkiego entuzjazmu w tym zdaniu nie było, ale kupiłam pakiet 3 książek (nawet w bardzo atrakcyjnej cenie) i wrzuciłam do biblioteczki. To był, mniej więcej, maj zeszłego roku. Obchodziłam pakiecik szerokim łukiem, zawsze było coś innego do  przeczytania, no po prostu nie mogłam się zmusić do lektury, filmu w rezultacie też nie obejrzałam. Aż w końcu, niecałe dwa tygodnie temu, dojrzałam do podjęcia tej męskiej decyzji, wzięłam I tom do ręki, otworzyłam go, zaczęłam czytać... i przepadłam z kretesem!

Główną bohaterką jest szesnastolenia Katniss Everdeen, mieszkanka Dwunastego Dystryktu w państwie Panem, które powstało na zgliszczach dawnych Stanów Zjednoczonych. Panem dzieli się na 12 dystryktów zaspokajających potrzeby Kapitolu, który jest ośrodkiem władzy i jednocześnie najbogatszym miastem w całym kraju, gdzie ludzie opływają w luksusy, podczas gdy mieszkańcy dystryktów doskonale wiedzą co to głód i bieda. Na czele państwa stoi okrutny i bezwzględny prezydent Snow. 74 lata przez zdarzeniami opisanymi w książce mieszkańcy wszystkich dystryktów (wtedy jeszcze trzynastu) zbuntowali się przeciwko totalitarnej władzy, wybuchła wojna, którą nazwano Mrocznymi Dniami. W jej wyniku całkowicie zniszczono Trzynasty Dystrykt, a buntownicy ponieśli sromotną klęskę. Na przypomnienie tcyh wydarzeń co roku organizowane są tzw. Głodowe Igrzyska, w których udział bierze 24 trybutów, czyli po dwóch przedstawicieli z każdego dystryktu (chłopiec i dziewczynka) w wieku od 12 do 18 lat. Głodowe Igrzyska to nic innego jak telewizyjne show, gdzie dzieci na specjalnej arenie mordują się nawzajem, bo zwycięzca może być tylko jeden. I o tym właśnie mają pamiętać mieszkańcy Panem, Igrzyska to kara za ich dawny bunt. Akcja książki rozpoczyna się w dzień Dożynek, czyli coroczne "święto" w czasie którego losowani są nowi uczestnicy Głodowych Igrzysk. Zrządzeniem losu, 12-letnia siostra Katniss zostaje wybrana, zrozpaczona nastolatka zgłasza się na ochotnika i zastępuje młodszą siostrę w roli trybuta. Razem z nią na arenę Głodowych Igrzysk trafia syn piekarza Peeta Mellark. Oboje nie wiedzą jak ten dzień zmieni ich życie, życie ich rodzin, sąsiadów, życie mieszkańców Panem, bowiem zachowanie Katniss i Peety podczas Głodowych Igrzysk stanie się zarzewiem kolejnego buntu. I tyle tytułem wstępu :)

Trylogia wciąga od pierwszych stron I tomu, akcja jest wartka, szybka i zaskakująca. Każdy wątek jest wyraźnie zarysowany, spójny z pozostałymi, dostajemy pełny obraz totalitarnego państwa, jego zniewolonych mieszkańców, sfrustrowanych do tego stopnia, że wystarczy zaledwie iskra by znów powstali przeciwko okrutnej władzy prezydenta Snowa. Mocną stroną trylogii są również jej bohaterowie, Katniss, dziewczyna która walczy ze swoimi słabościami, odnajduje w sobie cechy, których się wstydzi i potrafi się do tego przyznać, Peeta który z nieśmiałego chłopaka staje się mężczyzną walczącym o przeżycie nie tylko swoje ale również Katniss i okazuje się jej jedyną podporą, do tego ich mentor, wiecznie pijany ale błyskotliwy i piekielnie sprytny Haymitch i cała plejada postaci drugiego planu, które mają swoje ważne miejsce w całej historii. Cała trylogia niesie ze sobą wachlarz emocji, od strachu po euforię, od radości po ogromny smutek. Bo "Igrzyska..." kończą się happy endem, ale bez happy endu. To tak naprawdę opowieść o poświęceniu, o konsekwencjach własnych działań, bez względu na to jakie są i o tym kim jesteśmy my, ludzie. Czytając ostatnie strony ryczałam jak bóbr i kiedy zamknęłam książkę jeszcze długo nie mogłam się pozbierać. Wiecie dlaczego? Bo uderzyła mnie jedna, wyraźna myśl: przecież to właśnie nas czeka, żeby nie powiedzieć, że już żyjemy w podobnej rzeczywistości. Co prawda nie ma wszechwładnego Kapitolu, jeszcze nie wszyscy przymieramy głodem, a nasze dzieci nie uczestniczą w Głodowych Igrzyskach, które są karą za nasz bunt, ale w sumie ile nam do tego brakuje? I chyba to mną najbardziej wstrząsnęło, to że to wcale nie jest nierealne... "Igrzyska..." to powieść młodzieżowa, jednak tak sobie myślę, że gdybym trylogię przeczytała, dajmy na to, 10 lat temu kiedy miałam 17-18 lat odebrałabym ją zupełnie inaczej, śmiem nawet twierdzić, że uznałabym ją po prostu za fajną przygodową książkę, jednak nie dajcie się zwieść, pod płaszczykiem "kolejnej sagi dla nastolatków" kryje się naprawdę mądra i mimo, że momentami brutalna, to naprawdę piękna historia, którą polecam każdemu.

Tak się wciągnęłam w historię Katniss i jej przyjaciół, że gdybym mogła to nie spałabym, nie jadła, nie chodziła do pracy, ale cóż trzeba było się stawić w pracy, więc żeby jak najwięcej przeczytać w drodze do i z domu w autobusach i tramwajach szukałam kawałka w miarę wygodnej miejscówki, żeby przycupnąć i oddać się lekturze, nawet specjalnie jeździłam dłuższą trasą by więcej przeczytać :) Tak przywiązałam się do bohaterów, że kiedy skończyłam czytać, zaczęłam za nimi tęsknić. Naprawdę! Ostatnio zdarzyło mi się to przy Harrym Potterze :)

Reasumując "Igrzyska Śmierci" to naprawdę świetna książka, na pewno wrócę do niej jeszcze nie raz i gorąco ją Wam polecam :)

Czytaliście trylogię Suzanne Collins? Jak Wam się podobała? Z przyjemnością poczytam o Waszych wrażeniach.

PS. Chcecie więcej postów z cyklu "Kącik czytelniczy"?

źródło: www.google.pl/images