Hej!
Kiedy wkraczałam w świat kosmetyków byłam nastolatką i moim najlepszym przyjacielem był bezbarwny błyszczyk. Później nawiązałam bliskie stosunki z wszelkiej maści jasnymi różami by w końcu nieśmiało wypróbować jak prezentuję się z czerwienią na ustach. Potem przyszedł szał na pomadki, których przybywało mi w tempie zastraszającym. Teraz jestem gdzieś pośrodku, stosując różne formy mazideł do ust w zależności od tego ile mam czasu na makijaż i czy w ogóle chce mi się bawić w idealny makijaż ust.
Ostatnio namiętnie, bezustannie, stale i wciąż używam błyszczyków Color Sensation Lipgloss od Golden Rose.
Golden Rose to ostatnio jedna z 4 marek, które królują w moim codziennym makijażu, a każda kolejna nowość, jaką firma wypuszcza na rynek, zdobywa moje serce. Na zakup błyszczyków Color Sensation Lipgloss zdecydowałam się po pozytywnej recenzji Maxineczki i nie żałuję żadnego uciułanego grosika, jaki wydałam na te cuda.
Opakowania są proste, klasyczne, ładne i po prostu wygodne. Podobnie aplikator, który nabiera wystarczającą ilość produktu aby pokryć usta szklistą warstwą koloru.
Ale opakowanie opakowaniem, ja uwielbiam to co ono skrywa, czyli błyszczyk o cudownej, kremowej, ale lekkiej formule, która nie skleja ust ale jest całkiem trwała. Maślana konsystencja gładko sunie po ustach i jest bardzo komfortowa w noszeniu. Błyszczyk daje piękne, szkliste wykończenie, które szukałam od dawna. Ja wybrałam (póki co :D) 3 kolory: 120, 118 i 123.
120 - to jasny, ciepły róż z mnóstwem delikatnych srebrnych drobinek. Prawdę powiedziawszy jak zobaczyłam te drobiny to złapałam się za głowę i stwierdziłam, że upadłam na głowę kupując kosmetyk nafaszerowany po brzegi błyskotkami. Jakież było moje zdziwienie jak nałożyłam błyszczyk na usta - drobinek w ogóle nie widać, za to pięknie odbijają światło. To mój absolutny faworyt, codziennie rano ląduje na moich ustach, ładnie podkreśla usta i pasuje do każdego makijażu. Po protu bomba!
118 - to zgaszona fuksja bez śladu drobin. Fajnie będzie się prezentować latem, chociaż teraz z mocniejszym okiem prezentuje się również twarzowo.
123 - to klasyczna czerwień ale nie krzykliwa, idealna zarówno na co dzień jak i na wieczór. Lubię, chociaż sięgam po ten odcień najrzadziej, może dlatego, że na czerwień muszę mieć po prostu chęć :)
Z czystym sercem polecam Wam te błyszczyki, za cenę 12,90 otrzymujemy kosmetyk świetnej jakości. Do wyboru są 24 odcienie, więc na pewno każdy znajdzie coś dla siebie :)
A Wy jakie macie swoje ulubione błyszczyki?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swatche. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swatche. Pokaż wszystkie posty
piątek, 13 marca 2015
czwartek, 24 kwietnia 2014
Sleek Garden of Eden - swatche + recenzja
Na blogach króluje najnowsza propozycja marki Sleek, czyli paletka Del Mar vol. 1, która bardzo, ale to naprawdę bardzo mi się podoba, ale staram się zachować zdrowy rozsądek i nie wzbogacać o nią mojej kolekcji, ponieważ mimo niezaprzeczalnego uroku byłaby używana raczej od święta. Dlatego dzisiaj postanowiłam skupić się na wiosennej propozycji Sleek'a, czyli palecie Garden of Eden.
Garden of Eden na zdjęciach promocyjnych co najwyżej mnie zainteresowała, ale już wzbudziła moje wręcz niepohamowane pożądanie od pierwszych swatchy, które zobaczyłam w sieci. Uwielbiam brązy, ale tych mam aż nadto, więc to co najbardziej przykuło moją uwagę to zawarty w palecie zestaw zieleni - od cytrynowych, wręcz jadowitych, do trawiastych, głębokich odcieni, plus cały wachlarz wykończeń - maty, satyny, metaliki.
12 cieni (1,1 g) zamknięto w klasycznej, solidnej paletce z lusterkiem i aplikatorem, o jego przydatności wypowiadać się nie będę :) Jak już wspomniałam paleta to mieszanka brązów i zieleni, jednak znajdziemy tu również odcienie beżu złamane różem i fioletem, które równie fantastyczne co brązy, komponują się z zieleniami.
Najsłabiej wg mnie wypadają jasne maty, są suche i słabo napigmentowane, za to te ciemne dają naprawdę intensywny kolor i świetnie się z nimi pracuje, chociaż mają tendencję do osypywania się. Zachwycają za to perły i satyny, wciąż zachwyca mnie ich miękka, jakby wilgotna konsystencja i fenomenalna pigmentacja, nałożone na powieki dają naprawdę intensywnie lśniące wykończenie, które pięknie rozświetla i otwiera oko, jednak wg mnie nie jest ono tandetne. Odcienie są tak skomponowane, że uzyskamy dzięki nim zarówno delikatny, dzienny efekt jak i bardziej intensywny, wieczorowy makijaż. Cienie świetnie się blendują, nie osypują, jedynie zdarza się to czasem matom i są bardzo trwałe, nałożone rano trzymają się aż do demakijażu, chociaż tutaj zaznaczam, że zawsze, ale to zawsze nakładam pod cienie bazę, więc o ich trwałości bez bazy się nie wypowiem.
Swatche:
Kwestię makijaży zostawiam tym co robią to perfekcyjnie i jeszcze potrafią to pięknie ukazać na zdjęciach, moje ulubione makijaże tą paletą wykonała Kleopatre (klik) i Maxineczka (klik).
Pierwsze spotkanie ze Sleek'iem, czyli paletka Vintage Romance, było bardzo udane, to jedna z moich ulubionych palet, po którą sięgam bardzo często. Garden of Eden utwierdziła mnie w przekonaniu, że w przypadku Sleek'a za stosunkowo niewielką cenę (ok. 38 zł) otrzymujemy produkt świetnej jakości i z niecierpliwością czekam na kolejne propozycje marki. Garden of Eden to mój kolejny ulubieniec :)
A teraz ciekawostka, Sleek jest już dostępny stacjonarnie w jednej z krakowskich drogerii, mam nadzieję, że już niedługo doczekamy się kolejnych miejsc z szafami Sleek'a w Polsce :) Dla mnie byłoby to spełnienie kosmetycznych marzeń!
Jak Wam się podoba Garden of Eden?
Garden of Eden na zdjęciach promocyjnych co najwyżej mnie zainteresowała, ale już wzbudziła moje wręcz niepohamowane pożądanie od pierwszych swatchy, które zobaczyłam w sieci. Uwielbiam brązy, ale tych mam aż nadto, więc to co najbardziej przykuło moją uwagę to zawarty w palecie zestaw zieleni - od cytrynowych, wręcz jadowitych, do trawiastych, głębokich odcieni, plus cały wachlarz wykończeń - maty, satyny, metaliki.
12 cieni (1,1 g) zamknięto w klasycznej, solidnej paletce z lusterkiem i aplikatorem, o jego przydatności wypowiadać się nie będę :) Jak już wspomniałam paleta to mieszanka brązów i zieleni, jednak znajdziemy tu również odcienie beżu złamane różem i fioletem, które równie fantastyczne co brązy, komponują się z zieleniami.
Najsłabiej wg mnie wypadają jasne maty, są suche i słabo napigmentowane, za to te ciemne dają naprawdę intensywny kolor i świetnie się z nimi pracuje, chociaż mają tendencję do osypywania się. Zachwycają za to perły i satyny, wciąż zachwyca mnie ich miękka, jakby wilgotna konsystencja i fenomenalna pigmentacja, nałożone na powieki dają naprawdę intensywnie lśniące wykończenie, które pięknie rozświetla i otwiera oko, jednak wg mnie nie jest ono tandetne. Odcienie są tak skomponowane, że uzyskamy dzięki nim zarówno delikatny, dzienny efekt jak i bardziej intensywny, wieczorowy makijaż. Cienie świetnie się blendują, nie osypują, jedynie zdarza się to czasem matom i są bardzo trwałe, nałożone rano trzymają się aż do demakijażu, chociaż tutaj zaznaczam, że zawsze, ale to zawsze nakładam pod cienie bazę, więc o ich trwałości bez bazy się nie wypowiem.
Swatche:
Kwestię makijaży zostawiam tym co robią to perfekcyjnie i jeszcze potrafią to pięknie ukazać na zdjęciach, moje ulubione makijaże tą paletą wykonała Kleopatre (klik) i Maxineczka (klik).
Pierwsze spotkanie ze Sleek'iem, czyli paletka Vintage Romance, było bardzo udane, to jedna z moich ulubionych palet, po którą sięgam bardzo często. Garden of Eden utwierdziła mnie w przekonaniu, że w przypadku Sleek'a za stosunkowo niewielką cenę (ok. 38 zł) otrzymujemy produkt świetnej jakości i z niecierpliwością czekam na kolejne propozycje marki. Garden of Eden to mój kolejny ulubieniec :)
A teraz ciekawostka, Sleek jest już dostępny stacjonarnie w jednej z krakowskich drogerii, mam nadzieję, że już niedługo doczekamy się kolejnych miejsc z szafami Sleek'a w Polsce :) Dla mnie byłoby to spełnienie kosmetycznych marzeń!
Jak Wam się podoba Garden of Eden?
czwartek, 13 marca 2014
Maybelline New York Color Tattoo, czyli dlaczego czasem warto dać drugą szansę
Jako posiadaczka tłustych powiek, z których bez bazy spływa dosłownie wszystko, z ogromną rezerwą podchodziłam do cieni w kremie. Kiedy na ryku pojawiły się Color Tattoo od Maybeline New York postanowiłam zmierzyć się z taką formułą kosmetyku. Przygarnęłam biel i turkus. Niestety nie dogadałam się w tedy z Coloor Tattoo, cienie nie trzymały się ani na bazie, ani tym bardziej bez niej, odkładały się w załamaniu powieki, blakły, ścierały się, ogólnie rozczarowanie. Pożegnałam się z nimi bez żalu i obiecałam sobie już nigdy po nie nie sięgać.
Gdybym tej obietnicy dotrzymała, dzisiejszy post nie ujrzałby światła dziennego. Jakiś czas po tym kiedy wspomniane pierwsze egzemplarze "Tatuaży" wylądowały za oknem, dołączyłam do blogosfery? I co? A to, że znalazłam całą masę pieśni pochwalnych wychwalających Color Tattoo pod niebiosa i wskazujących je jako obowiązkowy punkt listy chciejstw na zakupy w Rossmannie w trakcie 40% zniżki na kolorówkę. I pękłam, postanowiłam Color Tattoo dać drugą szansę, kupiłam On and on bronze i tak go pokochałam, że w ciągu kilku miesięcy moja kolekcja rozrosła się do 6 sztuk, które dzielnie towarzyszą mi w codziennym makijażu.
Color Tattoo zamknięte są w szklanych słoiczkach, charakteryzują się miękką, kremową konsystencją oraz świetną pigmentacją. Nakładam je palcami, chociaż można to zrobić również syntetycznym pędzelkiem do cieni, jak kto woli, jak komu wygodniej. Cienie nakładają się wyśmienicie, świetnie się ze sobą łączą, dobrze blendują, chociaż trzeba z nimi pracować szybko, ponieważ szybko zasychają. Znakomicie sprawdzają się solo oraz jako baza pod cienie pudrowe lub pigmenty oraz jako linery. Zmywanie cieni jest łatwe, ja usuwam je płynem micelarnym. Nie wiem jak to się stało, że biel i turkus w ogóle się nie trzymały, ale odcienie, które za chwilę Wam zaprezentuję, na bazie są po prostu nie do zdarcia, nałożone rano wytrzymują do późnego wieczora w niezmienionym stanie. Regularna cena pojedynczego słoiczka to ok. 35 zł, często można je dostać w promocji za około 20-25 zł.
On and on bronze - absolutny ulubieniec, towarzysz codziennego makijażu, niezbędny kiedy na jego wykonanie mam kilka minut. To ciepły, złocisty brąz o metalicznym wykończeniu, pięknie podkreśla spojrzenie i je rozświetla. Uwielbiam go również jako bazę pod pigmenty, szczególnie w połączeniu z pigmentem nr 85 z Inglota, wygląda wtedy zniewalająco.
Eternal Silver - klasyczne, skrzące się, metaliczne srebro, czasem używam go w codziennym makijażu do rozświetlenia wewnętrznego kącika oka, ale dla mnie niezrównany jest jako baza pod pigmenty, rewelacyjnie podbija ich kolor wydobywając z nich to co najlepsze.
Endless Purple - z tym gagatkiem lubię się najmniej, jak dla mnie odcień jest nieco zbyt chłodny i nie jest tak metaliczny jak dwa poprzednie, jest również mniej nasycony, przez co na oku zdarza mu się robić plamy, ale i dla niego znalazłam zastosowanie - świetnie sprawdza się jako baza pod smoky, ostatnio robiła na nim fioletowe smoky i wyszło jak marzenie :)
Pink Gold - ten i następne kolory niestety nie są dostępne w Polsce. Jest to cudowne połączenie chłodnego różu ze złotem, kapitalnie wygląda na powiece, rozświetla spojrzenie, nadaje mu świeżości, mimo metalicznego wykończenia pozostaje dyskretny, a w połączeniu z czarną, graficzną kreską wygląda obłędnie. Obok On and on bronze to jeden z moich "tatuażowych" ulubieńców. Jest po prostu piękny :)
Metallic Pomegranate - kolejna piękność, bordo ze złotymi drobinkami, mówię Wam na oku wygląda obłędnie, jest metaliczny, ale mniej niż np. Pink Gold. Nie odważyłam się go nałożyć na całą powiekę, ale w zewnętrznym kąciku oka w połączeniu z Pink Gold wygląda pięknie, to jedno z moich ulubionych połączeń.
Eterenal Gold - nie jest to do końca mój kolor, ale zadziwiająco ładnie wygląda na powiece, jest metaliczny, ale nieco mniej napigmentowany od pozostałych, dzięki czemu na oku pozostawia migoczącą mgiełkę koloru, świetnie się sprawdza do rozświetlenie samego kącika. Nie próbowałam go jeszcze jako bazy pod pigmenty, ale podejrzewam, że może dać ciekawy efekt :)
A tutaj same swatche:
Obecnie bez Color Tattoo nie wyobrażam sobie swojego codziennego makijażu, chociaż chciałabym wyrazić swoje ubolewanie nad bardzo ubogą i niestety ponurą gamą kolorystyczną jaka jest dostępna na naszym rynku i autentycznie przykro mi się robi kiedy w sieci widzę ile kolorów można znaleźć za granicą.
Lubicie Color Tattoo? Jaki jest Wasz ulubiony odcień?
Gdybym tej obietnicy dotrzymała, dzisiejszy post nie ujrzałby światła dziennego. Jakiś czas po tym kiedy wspomniane pierwsze egzemplarze "Tatuaży" wylądowały za oknem, dołączyłam do blogosfery? I co? A to, że znalazłam całą masę pieśni pochwalnych wychwalających Color Tattoo pod niebiosa i wskazujących je jako obowiązkowy punkt listy chciejstw na zakupy w Rossmannie w trakcie 40% zniżki na kolorówkę. I pękłam, postanowiłam Color Tattoo dać drugą szansę, kupiłam On and on bronze i tak go pokochałam, że w ciągu kilku miesięcy moja kolekcja rozrosła się do 6 sztuk, które dzielnie towarzyszą mi w codziennym makijażu.
Color Tattoo zamknięte są w szklanych słoiczkach, charakteryzują się miękką, kremową konsystencją oraz świetną pigmentacją. Nakładam je palcami, chociaż można to zrobić również syntetycznym pędzelkiem do cieni, jak kto woli, jak komu wygodniej. Cienie nakładają się wyśmienicie, świetnie się ze sobą łączą, dobrze blendują, chociaż trzeba z nimi pracować szybko, ponieważ szybko zasychają. Znakomicie sprawdzają się solo oraz jako baza pod cienie pudrowe lub pigmenty oraz jako linery. Zmywanie cieni jest łatwe, ja usuwam je płynem micelarnym. Nie wiem jak to się stało, że biel i turkus w ogóle się nie trzymały, ale odcienie, które za chwilę Wam zaprezentuję, na bazie są po prostu nie do zdarcia, nałożone rano wytrzymują do późnego wieczora w niezmienionym stanie. Regularna cena pojedynczego słoiczka to ok. 35 zł, często można je dostać w promocji za około 20-25 zł.
On and on bronze - absolutny ulubieniec, towarzysz codziennego makijażu, niezbędny kiedy na jego wykonanie mam kilka minut. To ciepły, złocisty brąz o metalicznym wykończeniu, pięknie podkreśla spojrzenie i je rozświetla. Uwielbiam go również jako bazę pod pigmenty, szczególnie w połączeniu z pigmentem nr 85 z Inglota, wygląda wtedy zniewalająco.
Eternal Silver - klasyczne, skrzące się, metaliczne srebro, czasem używam go w codziennym makijażu do rozświetlenia wewnętrznego kącika oka, ale dla mnie niezrównany jest jako baza pod pigmenty, rewelacyjnie podbija ich kolor wydobywając z nich to co najlepsze.
Endless Purple - z tym gagatkiem lubię się najmniej, jak dla mnie odcień jest nieco zbyt chłodny i nie jest tak metaliczny jak dwa poprzednie, jest również mniej nasycony, przez co na oku zdarza mu się robić plamy, ale i dla niego znalazłam zastosowanie - świetnie sprawdza się jako baza pod smoky, ostatnio robiła na nim fioletowe smoky i wyszło jak marzenie :)
Pink Gold - ten i następne kolory niestety nie są dostępne w Polsce. Jest to cudowne połączenie chłodnego różu ze złotem, kapitalnie wygląda na powiece, rozświetla spojrzenie, nadaje mu świeżości, mimo metalicznego wykończenia pozostaje dyskretny, a w połączeniu z czarną, graficzną kreską wygląda obłędnie. Obok On and on bronze to jeden z moich "tatuażowych" ulubieńców. Jest po prostu piękny :)
Metallic Pomegranate - kolejna piękność, bordo ze złotymi drobinkami, mówię Wam na oku wygląda obłędnie, jest metaliczny, ale mniej niż np. Pink Gold. Nie odważyłam się go nałożyć na całą powiekę, ale w zewnętrznym kąciku oka w połączeniu z Pink Gold wygląda pięknie, to jedno z moich ulubionych połączeń.
Eterenal Gold - nie jest to do końca mój kolor, ale zadziwiająco ładnie wygląda na powiece, jest metaliczny, ale nieco mniej napigmentowany od pozostałych, dzięki czemu na oku pozostawia migoczącą mgiełkę koloru, świetnie się sprawdza do rozświetlenie samego kącika. Nie próbowałam go jeszcze jako bazy pod pigmenty, ale podejrzewam, że może dać ciekawy efekt :)
A tutaj same swatche:
na górze (od lewej): On and on bronze, Eternal Silver, Endelss Purple,
na dole (od lewej): Pink Gold, Metallic Pomegranate, Eternal Gold
Obecnie bez Color Tattoo nie wyobrażam sobie swojego codziennego makijażu, chociaż chciałabym wyrazić swoje ubolewanie nad bardzo ubogą i niestety ponurą gamą kolorystyczną jaka jest dostępna na naszym rynku i autentycznie przykro mi się robi kiedy w sieci widzę ile kolorów można znaleźć za granicą.
Lubicie Color Tattoo? Jaki jest Wasz ulubiony odcień?
czwartek, 13 lutego 2014
Opalizujący ideał - cień do powiek Essence nr 01 - do the rittberger (LE Ice Ice Baby)
Hej!
Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o zakupie przypadkowym, nieplanowany, a który okazał się jednym z najlepszych jakie poczyniłam w ostatnim czasie :)
Z limitkami Essence jestem ostatnio na bakier, przestałam je śledzić, bo te co podobały mi się najbardziej nigdy nie trafiały na nasz rynek, a te które trafiały, były rozgrabiane z prędkością światła, więc najczęściej podziwiałam puste standy. Kilkanaście dni temu wpadłam z niespodziewaną wizytą do Hebe, ot tak, akurat mijałam, a że dawno nie byłam, postanowiłam wejść. Podeszłam do szafy Essence i oczywiście zastałam ogołocony stand limitki Ice Ice Baby, no dobra nie do końca ogołocony, ponieważ mrugał do mnie samotny reprezentant wspomnianej limitki - pojedynczy cień do powiek w odcieniu chłodnego fioletu, który dumnie nosi na sowich plecach nr 01 a nazywa się: do the rittberger. Żal mi się tego nieboraka zrobiło, a że fiolet na powiekach kocham w każdym wydaniu (od matu po metal, od delikatne lawendy po głęboką śliwkę) przygarnęłam go do serca i powędrowałam z nim do kasy, płacąc za niego zawrotną cenę 8,99 zł. I uwieżci mi, jest to najlepiej zainwestowane 9 zł w moim kosmetycznym życiu :)
Cień ma 2,5 gr. i zamknięty jest w prostym, plastikowym pudełku. Nie opakowanie dodaje mu uroku, a wytłoczone na powierzchni cienia śnieżynki. Mnie takie detale kręcą i jeszcze bardziej zachęcają do kupna. Po prostu lubię ładne rzeczy :)
Konsystencja cienia okazała się rewelacyjna, cień jest miękki, lekko kremowy i bardzo przypomina mi cienie z paletek Sleek'a. Świetnie nabiera się pędzel, nie osypuje się, gładko nakłada się na powiekę oraz blenduje, nie pozostawia plam, smug, ani prześwitów.
Ale to, co zaskoczyło mnie najbardziej, to pigmentacja, która jest niesamowita i cudowny kolor. Wystarczy raz przeciągnąć pędzlem po powierzchni cienia by na oku uzyskać piękną taflę koloru i to taflę dosłownie, ponieważ cień cudownie opalizuje na różowo-fioletowo-srebrzyście, sprawia że oko nabiera blasku i jest widoczne, ale efekt końcowy nie jest tandetny. Cień nie wyciera się, nie blaknie w ciągu dnia, nie odkłada w załamaniu, ale tutaj muszę nadmienić, że nosiłam go na bazie, której używam absolutnie zawsze, tak więc nie wiem, jak zachowałby się solo.
Uwielbiam tego niepozornego malucha za piękny efekt i bezproblemową współpracę, z czystym sercem mogę go Wam polecić.
Jak wam się podoba?
PS. Uprzedzając prośby, nie będzie zdjęcia makijażu (przynajmniej na razie), ponieważ nie posiadam ani odpowiedniego sprzętu ani tym bardziej umiejętności, by pokazać Wam makijaż w taki sposób jakbym chciała, tzn. perfekcyjnie :D Mam nadzieję, że swatch wystarczy.
Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o zakupie przypadkowym, nieplanowany, a który okazał się jednym z najlepszych jakie poczyniłam w ostatnim czasie :)
Z limitkami Essence jestem ostatnio na bakier, przestałam je śledzić, bo te co podobały mi się najbardziej nigdy nie trafiały na nasz rynek, a te które trafiały, były rozgrabiane z prędkością światła, więc najczęściej podziwiałam puste standy. Kilkanaście dni temu wpadłam z niespodziewaną wizytą do Hebe, ot tak, akurat mijałam, a że dawno nie byłam, postanowiłam wejść. Podeszłam do szafy Essence i oczywiście zastałam ogołocony stand limitki Ice Ice Baby, no dobra nie do końca ogołocony, ponieważ mrugał do mnie samotny reprezentant wspomnianej limitki - pojedynczy cień do powiek w odcieniu chłodnego fioletu, który dumnie nosi na sowich plecach nr 01 a nazywa się: do the rittberger. Żal mi się tego nieboraka zrobiło, a że fiolet na powiekach kocham w każdym wydaniu (od matu po metal, od delikatne lawendy po głęboką śliwkę) przygarnęłam go do serca i powędrowałam z nim do kasy, płacąc za niego zawrotną cenę 8,99 zł. I uwieżci mi, jest to najlepiej zainwestowane 9 zł w moim kosmetycznym życiu :)
Cień ma 2,5 gr. i zamknięty jest w prostym, plastikowym pudełku. Nie opakowanie dodaje mu uroku, a wytłoczone na powierzchni cienia śnieżynki. Mnie takie detale kręcą i jeszcze bardziej zachęcają do kupna. Po prostu lubię ładne rzeczy :)
Konsystencja cienia okazała się rewelacyjna, cień jest miękki, lekko kremowy i bardzo przypomina mi cienie z paletek Sleek'a. Świetnie nabiera się pędzel, nie osypuje się, gładko nakłada się na powiekę oraz blenduje, nie pozostawia plam, smug, ani prześwitów.
Ale to, co zaskoczyło mnie najbardziej, to pigmentacja, która jest niesamowita i cudowny kolor. Wystarczy raz przeciągnąć pędzlem po powierzchni cienia by na oku uzyskać piękną taflę koloru i to taflę dosłownie, ponieważ cień cudownie opalizuje na różowo-fioletowo-srebrzyście, sprawia że oko nabiera blasku i jest widoczne, ale efekt końcowy nie jest tandetny. Cień nie wyciera się, nie blaknie w ciągu dnia, nie odkłada w załamaniu, ale tutaj muszę nadmienić, że nosiłam go na bazie, której używam absolutnie zawsze, tak więc nie wiem, jak zachowałby się solo.
Uwielbiam tego niepozornego malucha za piękny efekt i bezproblemową współpracę, z czystym sercem mogę go Wam polecić.
Jak wam się podoba?
PS. Uprzedzając prośby, nie będzie zdjęcia makijażu (przynajmniej na razie), ponieważ nie posiadam ani odpowiedniego sprzętu ani tym bardziej umiejętności, by pokazać Wam makijaż w taki sposób jakbym chciała, tzn. perfekcyjnie :D Mam nadzieję, że swatch wystarczy.
środa, 13 listopada 2013
Śliwka w natarciu - Pupa Princess LE - mascara Vamp! - kol. 700
Hej!
Kiedy tydzień temu opublikowałam post odnośnie nowości z najnowszej kolekcji Pupy, wiele z Was zainteresowała śliwkowa mascara Vamp! Muszę Wam od razu na samym wstępie powiedzieć, że niestety poległam jeśli chodzi o uchwycenie jej odcienia na zdjęciach. To nie jest klasyczny, intensywny odcień fioletu, nr 700 to ciemny fiolet, z nutą bordo, gimnastykowałam się naprawdę nieźle, prawie mi oczy na wierzch wyszły w trakcie robienia zdjęć, ale aparat uchwycił jedynie czerń,momentami na końcówkach, kolor odrobinę przebija, mam nadzieję, że go dojrzycie :)
Nr 700 to już mój trzeci tusz z serii Vamp! i zarówno z tego jak i z poprzednich jestem bardzo zadowolona. Producent obiecuje spektakularny efekt sztucznych rzęs, ale nie oszukujmy się, jak naturalnie nie ma się firanki rzęs, to efektu jak z reklamy nie uzyskamy. Moje rzęsy są proste, jasne i niezbyt gęste, ale Vamp! świetnie je podkręca i wydłuża, stają się widoczne, zdefiniowane, oko jest po prostu wyraźniejsze.
Bardzo lubię szczoteczkę Vampa, ma kształt klepsydry, nie jest bardzo duża, ma miękkie, klasyczne włosie, które fajnie obejmuje włoski, rozdziela je i rozczesuje pokrywając cienką warstwą koloru, jednocześnie nie podrażnia powieki (za to właśnie nie lubię szczotek silikonowych). To co mnie w Vampie zachwyca to konsystencja, to jedyny tusz jaki znam, który (jak dla mnie) od razu nadaje się do użytku, wiele tuszy, których używałam, musiało trochę podeschnąć zanim zaczęłam ich używać, ponieważ okrutnie sklejały rzęsy, tutaj tego nie ma, konsystencja jest lekka, odrobinę sucha, dobrze przylega do włosków. Nie osypuje się i nie blaknie w ciągu dnia, nie podrażnia oczu, nie uczula, chociaż nie należy do łatwych w zmywaniu, trzyma się rzęs jak zaklęta :)
Cenowo tusze z serii Vamp! nie powalają, w zależności od drogerii cena waha się od około 60 zł do nawet 70 zł za 9 ml produktu. Na szczęście w tym przypadku za ceną idzie jakość, więc jeśli chodzi o mnie, mogę te tusze z czystym sercem polecić :)
Nr 700 to już mój trzeci tusz z serii Vamp! i zarówno z tego jak i z poprzednich jestem bardzo zadowolona. Producent obiecuje spektakularny efekt sztucznych rzęs, ale nie oszukujmy się, jak naturalnie nie ma się firanki rzęs, to efektu jak z reklamy nie uzyskamy. Moje rzęsy są proste, jasne i niezbyt gęste, ale Vamp! świetnie je podkręca i wydłuża, stają się widoczne, zdefiniowane, oko jest po prostu wyraźniejsze.
Bardzo lubię szczoteczkę Vampa, ma kształt klepsydry, nie jest bardzo duża, ma miękkie, klasyczne włosie, które fajnie obejmuje włoski, rozdziela je i rozczesuje pokrywając cienką warstwą koloru, jednocześnie nie podrażnia powieki (za to właśnie nie lubię szczotek silikonowych). To co mnie w Vampie zachwyca to konsystencja, to jedyny tusz jaki znam, który (jak dla mnie) od razu nadaje się do użytku, wiele tuszy, których używałam, musiało trochę podeschnąć zanim zaczęłam ich używać, ponieważ okrutnie sklejały rzęsy, tutaj tego nie ma, konsystencja jest lekka, odrobinę sucha, dobrze przylega do włosków. Nie osypuje się i nie blaknie w ciągu dnia, nie podrażnia oczu, nie uczula, chociaż nie należy do łatwych w zmywaniu, trzyma się rzęs jak zaklęta :)
Cenowo tusze z serii Vamp! nie powalają, w zależności od drogerii cena waha się od około 60 zł do nawet 70 zł za 9 ml produktu. Na szczęście w tym przypadku za ceną idzie jakość, więc jeśli chodzi o mnie, mogę te tusze z czystym sercem polecić :)
środa, 25 września 2013
Będzie z tego Romance?
Oj będzie będzie!
Nowa paletka Sleek'a to nowy obiekt pożądania. Jedne z nas już je posiadają, inne właśnie gorączkowo klikają przycisk "dodaj do koszyka", kolejne jeszcze się wahają co do zakupu i zapewne jest też grupa dziewczyn, których Vintage Romance zupełnie nie rusza. Na temat paletek Sleek'a naczytałam się tyle dobrego, że naturalną koleją rzeczy było, że prędzej czy później jakaś trafi w moje ręce, wybór jest ogromny, nie mogłam się zdecydować, którą wybrać do momentu, kiedy w sieci pojawiły się zdjęcia promocyjne kolekcji Vintage Romance. To było to! A dzięki Minti Shop mogę się cieszyć swoim egzemplarzem i już wiem, że zakupu nie żałuję :)
Paletka to idealne na jesien połączenie ciepłych, złocistych odcieni ze śliwkowymi różo-fioletami, do tego odrobina czerni, granatu i matowej rudości. Większość cieni ma metaliczne wykończenie, ale znajdują się tu też satyny, maty i maty z brokatem. Pierwsze co zaobserwowałam w trakcie robienia swatchy to bardzo fajna pigmentacja oraz konsystencja, delikatna, jakby nieco kremowa, cienie są mięciutkie i świetnie się aplikują.
Jak Wam się podoba nowa paletka Sleek'a? Macią ją już w swoich zbiorach, czy to zupełnie nie Wasza bajka? Które paletki jeszcze polecacie?
Nowa paletka Sleek'a to nowy obiekt pożądania. Jedne z nas już je posiadają, inne właśnie gorączkowo klikają przycisk "dodaj do koszyka", kolejne jeszcze się wahają co do zakupu i zapewne jest też grupa dziewczyn, których Vintage Romance zupełnie nie rusza. Na temat paletek Sleek'a naczytałam się tyle dobrego, że naturalną koleją rzeczy było, że prędzej czy później jakaś trafi w moje ręce, wybór jest ogromny, nie mogłam się zdecydować, którą wybrać do momentu, kiedy w sieci pojawiły się zdjęcia promocyjne kolekcji Vintage Romance. To było to! A dzięki Minti Shop mogę się cieszyć swoim egzemplarzem i już wiem, że zakupu nie żałuję :)
Paletka to idealne na jesien połączenie ciepłych, złocistych odcieni ze śliwkowymi różo-fioletami, do tego odrobina czerni, granatu i matowej rudości. Większość cieni ma metaliczne wykończenie, ale znajdują się tu też satyny, maty i maty z brokatem. Pierwsze co zaobserwowałam w trakcie robienia swatchy to bardzo fajna pigmentacja oraz konsystencja, delikatna, jakby nieco kremowa, cienie są mięciutkie i świetnie się aplikują.
Jak Wam się podoba nowa paletka Sleek'a? Macią ją już w swoich zbiorach, czy to zupełnie nie Wasza bajka? Które paletki jeszcze polecacie?
sobota, 13 lipca 2013
Szminkowy szał! - Maybelline NY Super Stay 14hr Lipstick nr 540 Ravishing Rouge, nr 160 Infinitely Fuchsia i nr 430 Stay With Me Coral
Dawno, dawno temu, kiedy byłam piękna, młoda i wysoka (teraz jestem już tylko piękna ;P) nie wyobrażałam sobie abym kiedykolwiek mogła sięgnąć po szminkę. Zdecydowanie bardziej lubiłam lekkie, transparentne błyszczyki. W szminkach czułam się zmalowana a nie umalowana, wydawały mi się po prostu za ciężkie. Przez wiele lat kręciłam nosem na pomadki, ale nie ukrywajmy, że przez te kilkanaście lat szminki przeszły małą rewolucję, mamy teraz do wyboru całą gamę kolorów, wykończeń i formuł, a każda marka ma w swojej ofercie przynajmniej kilka rodzajów pomadek, tak więc każda z nas znajdzie coś dla siebie.
Swoją przygodę ze szminkami zaczęłam jakieś dwa, może trzy lata temu. Czegoś zaczęło mi brakować w codziennym makijażu, potrzebowałam czegoś nowego, potrzebowałam atrybutu kobiecości - potrzebowała szminki! Kręciłam się po Rossmanie tudzież Super-Pharmie i oglądałam, sprawdzałam, próbowałam. W końcu wybrałam dwie szminki, jedną w neutralnym różo-beżu i drugą w krwistej czerwieni, były to szminki Rimmela sygnowane przez Kate Moss, przygoda z nimi okazała się na tyle udana, że mój zbiór zaczął się niepokojąco powiększać :) Dzisiaj jednak przedstawię Wam szminki Maybelline NY Super Stay 14hr Lipstick, które trafiły do mnie dzięki 40% obniżce na kolorówkę w Rossmannie :)
Maybelline NY Super Stay 14hr Lipstick dostępną są w dziesięciu kolorach, ja w swojej kolekcji mam trzy:
- nr 540 Ravishing Rouge (zgaszona czerwień),
- nr 160 Infinitely Fuchsia (jasna fuksja),
- nr 430 Stay With Me Coral (jasny koral).
Szminki mają ładne opakowania. Ich niezaprzeczalnym plusem jest to, że od razu widzimy kolor pomadki, nie musimy jej szukać w kosmetyczne i sprawdzać numeru, wyjmujemy i wiemy co trzymamy w ręku. Plastik jest solidny, nadruki trwałe, biała skuwka zamyka się na "klik" więc nie powinna nam się przypadkowo otworzyć w torebce. Srebrna oprawka ze szminką obraca się gładko i się nie zacina. Numer i nazwa koloru znajdują się na przezroczystej naklejce na spodzie opakowania.
Szminki mają dość suchą i tępą konsystencję, jednak po zetknięciu z wargami ocieplają się i całkiem przyjemnie nakładają. Niestety w zależności od koloru, szminki różnią się nieco swoimi właściwości. Nr 540 i 160 są do siebie bardzo podobne, nakładają się równo i łatwo, są mocno napigmentowane, trzeba je nakładać bardzo precyzyjnie. Najsłabsza z całej trójki okazała się koralowa pomadka opatrzona numerkiem 420, podczas nakładania wyłażą z niej mało estetyczne grudki (co będzie widać na swatch'ach) przez co nakłada się nierówno i wygląda nieestetycznie, trzeba się z nią nieźle napracować.
Wszystkie trzy szminki mimo, że na pierwszy rzut oka wydają się matowe dają bardzo ładne satynowe wykończenie. Kiedy chcę uzyskać wyrazisty makijaż ust nakładam je normalnie na usta, już jedna warstwa pokrywa je intensywnym, lekko połyskującym kolorem. Ale znalazłam też sposób jak używać ich na co dzień. Nakładam je punktowo na usta, niezbyt precyzyjnie i po prostu wklepuję, usta zyskują kolor, ale wyglądają bardzo naturalnie i w takim wydaniu lubię je najbardziej. Unikam wtedy też powstawania grudek, o których wspominałam wcześniej.
Producent obiecuje czternastogodzinną trwałość. W moim przypadku jest to kilka godzin i to wtedy, kiedy wklepię szminkę w usta. Nałożona bezpośrednio ze sztyftu nie przetrwa jedzenia i picia, ściera się równomiernie, jednak pozostawia na ustach ślad koloru, zupełnie tak, jakbyśmy zamiast szminki użyły stainu, właśnie ten "ślad" trwa na ustach bardzo długo. Jedno jest pewne Meybelline NY Super Stay 14hr Lipstick to najtrwalsze szminki jakie posiadam.
A teraz czas na swatche. :D
Jako pierwsza do mojej kolekcji trafiła zgaszona czerwień, czyli nr 540 Ravishing Rouge. Piękny, głęboki i bardzo elegancki kolor. Jakościowo najlepsza.
Kolejna była fuksja z nr 160 (Infinitely Fuchsia), świetny, energetyczny róż. Bardzo letni. Zdarza się jej czasem zostawić grudki.
Na samym końcu do szuflady wpadła szminka nr 430 Stay With Me Coral kolor w sam raz do codziennego makijażu. Niestety jakościowo najsłabsza :(
I jeszcze porównanie:
Podsumowując szminki Maybelline NY Super Stay 14hr Lipstick to kosmetyk wart uwagi. Pomadki są trwałe, przyjemnie się noszą, chociaż ich jakość zależy od koloru. Może nie są idealne, ale lubię po nie sięgać i z czystym sumieniem mogę je Wam polecić.
Ponieważ świat szminek cały czas jest dla mnie świeży i nowy wciąż poszukuję szminki idealnej. A Wy macie już swoje pomadkowe ideały? Co sądzicie o Maybelline NY Super Stay 14hr Lipstick?
PS. Postanowiłam nieco urozmaicić moje notki pod względem zdjęć. Niektóre połączyłam w "collage", zawsze podobały mi się takie zestawienia na innych blogach i sama zapragnęłam wprowadzić je na swoim. Mam nadzieję, że się Wam podobają :)
Swoją przygodę ze szminkami zaczęłam jakieś dwa, może trzy lata temu. Czegoś zaczęło mi brakować w codziennym makijażu, potrzebowałam czegoś nowego, potrzebowałam atrybutu kobiecości - potrzebowała szminki! Kręciłam się po Rossmanie tudzież Super-Pharmie i oglądałam, sprawdzałam, próbowałam. W końcu wybrałam dwie szminki, jedną w neutralnym różo-beżu i drugą w krwistej czerwieni, były to szminki Rimmela sygnowane przez Kate Moss, przygoda z nimi okazała się na tyle udana, że mój zbiór zaczął się niepokojąco powiększać :) Dzisiaj jednak przedstawię Wam szminki Maybelline NY Super Stay 14hr Lipstick, które trafiły do mnie dzięki 40% obniżce na kolorówkę w Rossmannie :)
Maybelline NY Super Stay 14hr Lipstick dostępną są w dziesięciu kolorach, ja w swojej kolekcji mam trzy:
- nr 540 Ravishing Rouge (zgaszona czerwień),
- nr 160 Infinitely Fuchsia (jasna fuksja),
- nr 430 Stay With Me Coral (jasny koral).
Szminki mają ładne opakowania. Ich niezaprzeczalnym plusem jest to, że od razu widzimy kolor pomadki, nie musimy jej szukać w kosmetyczne i sprawdzać numeru, wyjmujemy i wiemy co trzymamy w ręku. Plastik jest solidny, nadruki trwałe, biała skuwka zamyka się na "klik" więc nie powinna nam się przypadkowo otworzyć w torebce. Srebrna oprawka ze szminką obraca się gładko i się nie zacina. Numer i nazwa koloru znajdują się na przezroczystej naklejce na spodzie opakowania.
Szminki mają dość suchą i tępą konsystencję, jednak po zetknięciu z wargami ocieplają się i całkiem przyjemnie nakładają. Niestety w zależności od koloru, szminki różnią się nieco swoimi właściwości. Nr 540 i 160 są do siebie bardzo podobne, nakładają się równo i łatwo, są mocno napigmentowane, trzeba je nakładać bardzo precyzyjnie. Najsłabsza z całej trójki okazała się koralowa pomadka opatrzona numerkiem 420, podczas nakładania wyłażą z niej mało estetyczne grudki (co będzie widać na swatch'ach) przez co nakłada się nierówno i wygląda nieestetycznie, trzeba się z nią nieźle napracować.
Wszystkie trzy szminki mimo, że na pierwszy rzut oka wydają się matowe dają bardzo ładne satynowe wykończenie. Kiedy chcę uzyskać wyrazisty makijaż ust nakładam je normalnie na usta, już jedna warstwa pokrywa je intensywnym, lekko połyskującym kolorem. Ale znalazłam też sposób jak używać ich na co dzień. Nakładam je punktowo na usta, niezbyt precyzyjnie i po prostu wklepuję, usta zyskują kolor, ale wyglądają bardzo naturalnie i w takim wydaniu lubię je najbardziej. Unikam wtedy też powstawania grudek, o których wspominałam wcześniej.
Producent obiecuje czternastogodzinną trwałość. W moim przypadku jest to kilka godzin i to wtedy, kiedy wklepię szminkę w usta. Nałożona bezpośrednio ze sztyftu nie przetrwa jedzenia i picia, ściera się równomiernie, jednak pozostawia na ustach ślad koloru, zupełnie tak, jakbyśmy zamiast szminki użyły stainu, właśnie ten "ślad" trwa na ustach bardzo długo. Jedno jest pewne Meybelline NY Super Stay 14hr Lipstick to najtrwalsze szminki jakie posiadam.
A teraz czas na swatche. :D
Jako pierwsza do mojej kolekcji trafiła zgaszona czerwień, czyli nr 540 Ravishing Rouge. Piękny, głęboki i bardzo elegancki kolor. Jakościowo najlepsza.
Kolejna była fuksja z nr 160 (Infinitely Fuchsia), świetny, energetyczny róż. Bardzo letni. Zdarza się jej czasem zostawić grudki.
Na samym końcu do szuflady wpadła szminka nr 430 Stay With Me Coral kolor w sam raz do codziennego makijażu. Niestety jakościowo najsłabsza :(
widzicie te okropne grudki?
I jeszcze porównanie:
1. nr 540 Ravishing Rouge, 2. nr 160 Infinitely Fuchsia, 3. nr 430 Stay With Me Coral,
4. od lewej: nr 540, nr 160, nr 430
Podsumowując szminki Maybelline NY Super Stay 14hr Lipstick to kosmetyk wart uwagi. Pomadki są trwałe, przyjemnie się noszą, chociaż ich jakość zależy od koloru. Może nie są idealne, ale lubię po nie sięgać i z czystym sumieniem mogę je Wam polecić.
PS. Postanowiłam nieco urozmaicić moje notki pod względem zdjęć. Niektóre połączyłam w "collage", zawsze podobały mi się takie zestawienia na innych blogach i sama zapragnęłam wprowadzić je na swoim. Mam nadzieję, że się Wam podobają :)
wtorek, 18 czerwca 2013
Szach Matte - NYX Soft Matte Lip Cream (05 - Antwerp)
Po fazie maniakalnego kupowania wszelkiej maści cieni do powiek, potem lakierów do paznokci w ilościach wręcz hurtowych, przyszedł czas na szał związany z wszelkiego rodzaju mazidłami do ust. Szminek trochę już mam (i błyszczących i matowych), błyszczyków to już nawet nie liczę, ale takiego łączącego w sobie cechy szminki i matowe wykończenie jeszcze nie próbowałam, więc kiedy odwiedziłam ostatnio salon NYX'a bez drgnięcia powieki przygarnęłam produkt Soft Matte Lip Cream w kolorze 05 - Antwerp.
Producent opisuje Soft Matte Lip Cream jako matową szminkę w płynie o delikatnej i komfortowej dla ust konsystencji. Określił ją również jako "rodzaj farby do ust" i muszę przyznać, że coś w tym jest :) Na rynku dostępne jest 11 odcieni, każdy z nich nosi nazwę innego miasta:
- 01 Amsterdam (jasna czerwień),
- 02 Stockholm (beż),
- 03 Tokyo (jasny róż),
- 04 London (brąz),
- 06 Instanbul (zgaszony róż),
- 07 Addis Ababa (fuksja),
- 08 Sao Paulo (ciemna czerwień),
- 09 Abu Dabhi (szary beż),
- 10 Monte Carlo (burgund),
- 11 Milan (zgaszony róż).
Kolory możecie obejrzeć tutaj.
Opakowanie pomadki jest bardzo minimalistyczne, buteleczka ma kolor szminki natomiast nakrętka jest czarna, matowa, lekko gumowana przez co wygodnie leży w ręce i się z niej nie wyślizguje. Na przodzie znajduje się logo marki, nazwa i opis produktu, pojemność (6,5 g), pod spodem znajduje się naklejka z numerem i nazwą koloru, z tyłu znajdziemy informacje o składzie i miejscu produkcji. Wszystko bardzo czytelne. Aplikator to standardowa, miękka gąbeczka, która nabiera właściwą ilość produktu.
I teraz to na co wszyscy czekają, czyli pomadka w całej swej okazałości. Szminkę mogę określić jednym słowem: fenomenalna! Nazwa Lip Cream jest nieprzypadkowa, ponieważ jej konsystencja przypomina lekki, puszysty krem, który bezproblemowo nakłada się na usta. Aplikator gładko sunie po ustach, pozostawiając na nich cienką, równą warstwę koloru. Szminka po nałożeniu na wargi przez chwilę pozostaje "plastyczna" dzięki czemu łatwo się z nią pracuje, możemy dokładnie pokryć usta kolorem, a ewentualne poprawki nie sprawiają trudności, dopiero po chwili pomadka zaczyna "zastygać" i z satynowej staje się zupełnie matowa, wtapia się w skórę, efekt jest naprawdę bardzo naturalny. W ogóle nie czuć jej na wargach, jest bardzo lekka, nie podkreśla suchych skórek, nie wysusza ust i się nie kruszy. Ściera się równomiernie, pozostawiając na ustach delikatny kolor jakbyśmy użyły nie szminki a tint, stąd określenie tego kosmetyku mianem "farby do ust" jest bardzo trafne.
Kolor, który wybrałam jest bardzo uniwersalny. Antwerp to średni, ciepły róż, z lekką nutą koralu, dobrze stapia się z naturalnym kolorem ust. Świetny do codziennego makijażu.
Tak prezentuje się na ustach:
Pomadka ma też bardzo przyjemny, delikatny zapach. Określiłabym go jako słodko-maślany, nienachalny.
Jestem bardzo zadowolona z NYX Soft Matte Lip Cream, mimo, że preferuję bardziej połyskujący makijaż ust, po ten kosmetyk sięgam bardzo często, ponieważ pięknie podkreśla usta a efekt matu jest bardzo naturalny.
Cena pomadki to 29,90 zł.
Powiem Wam w sekrecie, że mam ogromną ochotę wypróbować nie tylko inne odcienie "matowego kremu", ale też błyszczyków NYX Mega Shine Lip Gloss - dzisiaj przyglądałam im się w Arkadii i z miejsca trafiły na moją "chciejlistę" :D
Mam też dla Was bardzo dobrą nowinę, poza salonem NYX w warszawskim Blue City, kosmetyki amerykańskiej firmy będzie też można dostać w wybranych perfumeriach Douglas w całej Polsce! Ja już widziałam kosmetyki NYX w warszawskiej Arkadii, co prawda nie jest to cała oferta, ale znajdziecie tam linery, kredki do oczu, cienie do powiek, szminki, błyszczyki, pudry, podkłady, bazy pod makijaż i korektory, więc całkiem sporo :) Więcej informacji na ten temat znajdziecie na fanpage'u NYX'a na Facebooku.
Jak Wam się podoba takie wykończenie makijażu ust? Wolicie mat czy połysk błyszczyka? Używałyście Soft Matte Lip Cream?
Pozdrawiam!
E.
Producent opisuje Soft Matte Lip Cream jako matową szminkę w płynie o delikatnej i komfortowej dla ust konsystencji. Określił ją również jako "rodzaj farby do ust" i muszę przyznać, że coś w tym jest :) Na rynku dostępne jest 11 odcieni, każdy z nich nosi nazwę innego miasta:
- 01 Amsterdam (jasna czerwień),
- 02 Stockholm (beż),
- 03 Tokyo (jasny róż),
- 04 London (brąz),
- 06 Instanbul (zgaszony róż),
- 07 Addis Ababa (fuksja),
- 08 Sao Paulo (ciemna czerwień),
- 09 Abu Dabhi (szary beż),
- 10 Monte Carlo (burgund),
- 11 Milan (zgaszony róż).
Kolory możecie obejrzeć tutaj.
Opakowanie pomadki jest bardzo minimalistyczne, buteleczka ma kolor szminki natomiast nakrętka jest czarna, matowa, lekko gumowana przez co wygodnie leży w ręce i się z niej nie wyślizguje. Na przodzie znajduje się logo marki, nazwa i opis produktu, pojemność (6,5 g), pod spodem znajduje się naklejka z numerem i nazwą koloru, z tyłu znajdziemy informacje o składzie i miejscu produkcji. Wszystko bardzo czytelne. Aplikator to standardowa, miękka gąbeczka, która nabiera właściwą ilość produktu.
I teraz to na co wszyscy czekają, czyli pomadka w całej swej okazałości. Szminkę mogę określić jednym słowem: fenomenalna! Nazwa Lip Cream jest nieprzypadkowa, ponieważ jej konsystencja przypomina lekki, puszysty krem, który bezproblemowo nakłada się na usta. Aplikator gładko sunie po ustach, pozostawiając na nich cienką, równą warstwę koloru. Szminka po nałożeniu na wargi przez chwilę pozostaje "plastyczna" dzięki czemu łatwo się z nią pracuje, możemy dokładnie pokryć usta kolorem, a ewentualne poprawki nie sprawiają trudności, dopiero po chwili pomadka zaczyna "zastygać" i z satynowej staje się zupełnie matowa, wtapia się w skórę, efekt jest naprawdę bardzo naturalny. W ogóle nie czuć jej na wargach, jest bardzo lekka, nie podkreśla suchych skórek, nie wysusza ust i się nie kruszy. Ściera się równomiernie, pozostawiając na ustach delikatny kolor jakbyśmy użyły nie szminki a tint, stąd określenie tego kosmetyku mianem "farby do ust" jest bardzo trafne.
Kolor, który wybrałam jest bardzo uniwersalny. Antwerp to średni, ciepły róż, z lekką nutą koralu, dobrze stapia się z naturalnym kolorem ust. Świetny do codziennego makijażu.
Tak prezentuje się na ustach:
Pomadka ma też bardzo przyjemny, delikatny zapach. Określiłabym go jako słodko-maślany, nienachalny.
Jestem bardzo zadowolona z NYX Soft Matte Lip Cream, mimo, że preferuję bardziej połyskujący makijaż ust, po ten kosmetyk sięgam bardzo często, ponieważ pięknie podkreśla usta a efekt matu jest bardzo naturalny.
Cena pomadki to 29,90 zł.
Powiem Wam w sekrecie, że mam ogromną ochotę wypróbować nie tylko inne odcienie "matowego kremu", ale też błyszczyków NYX Mega Shine Lip Gloss - dzisiaj przyglądałam im się w Arkadii i z miejsca trafiły na moją "chciejlistę" :D
Mam też dla Was bardzo dobrą nowinę, poza salonem NYX w warszawskim Blue City, kosmetyki amerykańskiej firmy będzie też można dostać w wybranych perfumeriach Douglas w całej Polsce! Ja już widziałam kosmetyki NYX w warszawskiej Arkadii, co prawda nie jest to cała oferta, ale znajdziecie tam linery, kredki do oczu, cienie do powiek, szminki, błyszczyki, pudry, podkłady, bazy pod makijaż i korektory, więc całkiem sporo :) Więcej informacji na ten temat znajdziecie na fanpage'u NYX'a na Facebooku.
Jak Wam się podoba takie wykończenie makijażu ust? Wolicie mat czy połysk błyszczyka? Używałyście Soft Matte Lip Cream?
Pozdrawiam!
E.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























