Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błyszczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błyszczyk. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 sierpnia 2013

To się nazywa błysk! - NYX Mega Shine Lip Gloss nr 160 (Tea Rose), nr 136 (Dolly Pink)

Cześć!

Kiedy przygotowywałam dzisiejszą notkę stwierdziłam, że w moim kosmetykoholiźmie mogę spokojnie rozróżnić kilka etapów. Pierwszy i zdecydowanie najdłuższy był etap cieni do powiek, kupowałam je w ilościach hurtowych, we wszystkich kolorach tęczy (no wiecie, nazwa bloga, jakby nie było zobowiązuje :D). Potem przyszedł etap krótki związany z podkładami zakończony znalezieniem ideału (tak, prawdę tego dokonałam :D). W tzw. międzyczasie dopadła mnie różowa obsesja, związana z faktem, że w moim własnym. skromnym mniemaniu, jako tako umiem posługiwać się różami i teraz eksperymentuję z kolorami, konsystencjami i wykończeniami. Ale ostatnim moim szaleństwem są wszelkiej maści mazidła do ust, ich kolekcja niebezpiecznie rośnie i to właśnie z tego powodu trafił do niej błyszczyk z jednej z moich ulubionych marek czyli NYX Mega Shine Lip Gloss w kol. nr 136 o nazwie Dolly Pink. Tak dobrze czytacie, jedna sztuka, wymieniony w tytule posta kol. nr 160 czyli Tea Rose jest prezentem sprawionym przeze mnie mojej Mamie, która w trakcie tworzenia niniejszej notki dzielnie odpowiadała na moje dociekliwe pytania i z chęcią oddała go do sfotografowania i zeswatchowania, żeby po zakończeniu tych czynności szybko capnąć go z powrotem do torebki w obawie, że jej go zabiorę :) Ale po tym nieco długim wstępie czas przejść do sedna.


Zacznę od tego, że kosmetyki NYX już nie są dostępne tylko w firmowym salonie w warszawskim CH Blue City, ale pojawiają się również w wyselekcjonowanych perfumeriach Douglas, ich liczba stale rośnie, a wszelkie informacje na ten temat znajdziecie na fanpage'u marki na FB.

Mega Shine Lip Gloss to sztandarowy produkt NYX dostępny w aż 50 kolorach. Uwierzcie mi, każda z Was znajdzie coś dla siebie: soczyste czerwienie,  intensywne i słodkie róże, dyskretne odcienie nude. Stałam dobre kilkanaście minut zanim wybrałam coś dla siebie :)

Opakowanie jest bardzo proste i takie najbardziej lubię, smukłe, kwadratowe, z czarną nakrętką, która zamyka się na dodatkowe kliknięcie, nic się samo nie otworzy, nie wyskoczy. Napisy są bardzo trwałe, nie ścierają się podczas noszenia błyszczyka w torebce. Ale to nie wszystko, opakowanie posiada jeden, uroczy szczegół, który sprawił, że gęba cieszyła mi się od ucha do ucha, ale to zostawiam na deser :)


Aplikator to klasyczna gąbeczka, miękka, dosyć spora i lekko wygięta co zapewnia wygodne nakładanie błyszczyku na usta.


Konsystencja jest bardzo przyjemna, delikatnie kremowa, świetnie się aplikuje, nie spływa poza kontur ust. Daje uczucie nawilżenia, nie klei się (czego wprost nienawidzę) i generalnie nosi się bardzo komfortowo. A jak pachnie! Po prostu ślicznie :) Delikatnie i słodko, ja wyczuwam lekką nutkę wiśni :)

Mega Shine Lip Gloss, jak sama nazwa wskazuje, nadaje ustom mega połysk, ale nie są to słowa bynajmniej na wyrost, ponieważ faktycznie usta wyglądają jak polakierowane, błyszczą się szkliście, jak tafla. Przy tym są naprawdę bardzo trwałe, bez jedzenia i picia wytrzymują kilka godzin, oczywiście w tym czasie ich blask powoli znika, ale na ustach pozostaje subtelny kolor.

Dla mamy wybrałam kolor nr 160 (Tea Rose) i może sugeruję się nazwą, ale dla mnie to faktycznie taki herbaciany róż. Dyskretny, delikatny (żeby nie powiedzieć, że prawie niewidoczny), ładnie podkreśla usta. Mama jest z niego bardzo zadowolona. Sama natomiast sięgnęłam po intensywny, soczysty róż, czyli nr 160 o nazwie Dolly Pink (aparat tą intensywność oczywiście zeżarł :[ ), pozytywny i energetyczny kolor, na lato idealny, ale zimą też będę po niego sięgać :)

No to czas na swatche:


nr błyszczyka to 160, na zdjęciu wkradł się błąd :(


A teraz deser, o którym pisałam przy okazji opakowania, które z pozoru jest bardzo proste i bez fajerwerków. Otóż nie moje Panie, jak to mówią diabeł tkwi w szczegółach i w tym przypadku nie można się z tym nie zgodzić. Otóż nakrętki ozdobione są wytłoczoną, uroczą kokardką! Niby nic, ale mnie takie szczegóły ogromnie cieszą i niezwykle umilają korzystanie z kosmetyków :) Same powiedzcie, czy nie jest słodka?


Używałyście błyszczyków NYX?

piątek, 14 czerwca 2013

Więc chodź, pomaluj mi usta na różowo - Sephora Glossy lip pencil - 01 Glossy pink

Szminki/błyszczyki w kredce to kolejny z tegorocznych hitów kosmetycznych. Pojawiają się w ofercie coraz większej liczbie marek, wystarczy wspomnieć Bourjois, Astor, czy IsaDorę. W moje ręce wpadła propozycja z wiosennej kolekcji Sephory - błyszczyk w kredce Glossy lip pencil w kolorze Glossy Pink, który będzie bohaterem dzisiejszego wpisu.


Glossy lip pencil dostępny jest w trzech kolorach:
- glossy raspberry,
- glossy pink,
- glossy orange,
i reklamowany jest jako idealne połączenie balsamu z błyszczykiem, które podkreśli i uwypukli nasze usta nadając im olśniewającego blasku.

Kosmetyk zamknięto w solidnym, czarnym, plastikowym opakowaniu mieszczącym 2,84 g produktu. Do tej pory spotkałam się z opakowaniami w kolorze zbliżonym do koloru szminki, w tym przypadku kolor podpowiada nam końcówka, za pomocą której wysuwamy również sztyft.



Błyszczyk przy pierwszym kontakcie z naszymi ustami wydaje się dosyć twardy, jednak pod wpływem ciepła warg lekko topnieje i gładko sunie po ustach. Świetnie je nabłyszcza, daje fajny, mokry efekt. Nie skleja ust i ich nie wysusza. Czy ma w sobie balsam, tego nie wiem, w każdym razie nie zauważyłam ani polepszenia, ani pogorszenia kondycji moich ust. Ma za to w sobie sporo drobinek, które fajnie odbijają światło potęgując blask ust. Niestety jak dla mnie drobinek jest trochę za dużo i czuć je na ustach, na całe szczęście nie wyglądają tandetnie i schodzą razem ze szminką, nie migrują po całej twarzy. Trwałość zbliżona do trwałości tradycyjnego błyszczyka, 2-3 godziny bez jedzenia i picia.

Kolor to wg mnie jasny, zmrożony arbuz. Jest bardzo delikatny i subtelny, idealny do codziennego makijażu. Na ustach daje przyjemny, transparentny efekt.




Połączenie subtelności koloru i łatwości aplikacji, powoduje, że nakładanie tego produktu na usta jest naprawdę przyjemne i można spokojnie obyć się bez lusterka. Dodatkowo zajmuje mało miejsca i świetnie sprawdzi się jako kompan w podróży :) Wg mnie to bardzo przyjemny produkt, łatwy w aplikacji, do tego posiada uroczy kolor, który odświeża mój codzienny makijaż i nadaje mu lekkości. Jeśli macie ochotę wypróbować to polecam.

Pozdrawiam,
E.

środa, 1 maja 2013

Błyszczące trio - Maybelline New York Color Sensational Shine Gloss

Naszła mnie ostatnio ochota na kosmetyki do ust. Szminki, błyszczyki, tinty etc. częściej lądują w koszyczku podczas zakupów niż np. cienie do powiek, bez któryś kiedyś nie obyło się żadne drogeryjne polowanie. Jak to mówią, kobieta zmienną jest i ja w myśl tego powiedzenia właśnie zmieniłam swoje upodobania :)


Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić błyszczyki, które od pierwszej aplikacji zawładnęły moim makijażem i podbiły moje serce - Maybelline New York Color Sensational Shine Gloss w kol.:
- nr 150 - Pink Shock,
- nr 460 - Electric Orange, oraz
- nr 550 - Gleaming Grenadine.


Błyszczyki Maybelline New York Color Sensational Shine Gloss to wiosenna nowość marki. Poza wymienionymi kolorami na naszym rynku dostępne są jeszcze dwa: Glorious Grapefruit i Fuchsia Flash. Za granicą błyszczyki mają nieco inną nazwę - Color Sensational High Shine Gloss i są dostępne w aż 12 odcieniach. Czemu mnie to już nie dziwi?

Pomimo skromnego wyboru odcieni, są one naprawdę twarzowe i jestem przekonana, że każda z Was znajdzie coś dla siebie. Swoją przygodę z tymi błyszczykami zaczęłam od koloru Electric Orange, kiedy ten skradł moje serce czym prędzej popędziłam po Gleaming Grenadine, a kiedy i czerwień mnie oczarowała nie oparłam się pokusie i do tej dwójeczki dołączył jeszcze Pink Shock i na tym etapie stanowczo powiedziałam sobie: stop! Ale uwierzcie mi, łatwo nie było.

Błyszczyki zamknięto w prostych plastikowych opakowaniach o pojemności 6,8 ml. Nie jest to żadne mistrzostwo świata w kategorii pomysłowych opakowań, ale najważniejsze, że są one praktyczne i po prostu estetyczne. Aplikator to klasyczna gąbeczka i bardzo się z tego powodu cieszę, ponieważ wszelkiego rodzaju udziwnione aplikatory doprowadzają mnie do istnego szału. Gąbeczka jest miękka, nabiera odpowiednią ilość kosmetyku i gładko sunie po ustach.


Najmnocniejszą stroną błyszczyków jest ich konsystencja, lekka, nieklejąca i cudownie kremowa, dzięki czemu po nałożeniu usta są miękkie jak po zastosowaniu balsamu do ust. Bardzo mi się to podoba. Kolory są soczyste, półtransparentne ale dobrze napigmentowane, nie zawierają drobinek za to nadają ustom piękny połysk. Utrzymują się około 3 godzin, w starciu z jedzeniem lub piciem niestety nie mają szans, ale taka już uroda błyszczyków.

Standardowa cena to około 27 zł, teraz można je upolować na promocji za około 20 zł.

Czas na prezentację kolorów:


Electric Orange - ciepły, energetyczny pomarańcz, pięknie będzie się prezentował przy opalonej buzi, ale na tle skóry która jeszcze nie złapała pierwszych promieni słonecznych prezentuje się równie ładnie, ponieważ ociepla ją i rozświetla. Jest najbardziej dyskretnym odcieniem z tych, które posiadam.


Gleaming Grenadine - czerwień idealna, bardzo klasyczna, ale jednocześnie delikatna, świetnie sprawdza się i do codziennego makijażu jaki i do tego na większe okazje.


Pink Shock - słodki, cukierkowy róż, bardzo wiosenny, idealny na co dzień, jest dobrze napigmentowany i chyba najlepiej kryjący z całej trójki.

Color Sensational Shine Gloss niespodziewanie stały się moimi wiosennymi ulubieńcami, sięgnęłam po nie ochoczo jednak nie przypuszczałam, że tak je polubię (ostatnio zdarzyło mi się trafić na kilka bubli od MNY), te błyszczyki są po prostu rewelacyjne i z czystym sercem mogę je Wam polecić.



Próbowałyście już Color Sensational Shine Gloss? Który odcień najbardziej przypadł Wam do gustu?