poniedziałek, 24 marca 2014

Świeżo Malowane Poniedziałki - Models Own HyperGel Lilac Sheen + Golden Rose Holiday nr 69

Cześć!

Nadszedł poniedziałek (niestety nie tak wiosenny jak weekend), a ja mam dla Was dwa bardzo wiosenne lakiery: Models Own z kolekcji HyperGel w kol. Lilac Sheen oraz piasek Golden Rose Holiday nr 69.


Models Own Lilac Sheen pochodzi z najnowszej  kolekcji HyperGel, dzięki której na paznokciach uzyskamy efekt żelowych paznokci bez konieczności użycia lampy UV. Lilac Sheen to chłodna lawenda o kremowym wykończeniu i szklistym połysku. Aby uzyskać piękny efekt trzeba lakierowi poświęcić chwilę ponieważ jego konsystencja jest dosyć gęsta, przy nakładaniu trzeba uważać aby zrobić to dokładnie, ponieważ po wyschnięciu widać wszelkie niedoskonałości. Wprawnej ręce wystarczy jedna grubsza warstwa aby pokryć paznokcie jednolitą warstwę koloru, ja nałożyłam dwie cienkie i też wyszło ładnie, lakier naprawdę błyszczy się jak najprawdziwsza hybryda :) Lakier wytrzymał na moich paznokciach 5 dni. Całą kolekcję  dostaniecie na www.maani.pl


Chciałam pobawić się wykończeniami i dla kontrastu  na palce serdeczne nałożyłam piasek od Golden Rose z kolekcji Holiday - nr 69. Jest to ciepły fiolet z mnóstwem srebrnych drobinek i lekko perłowym połyskiem, który w zestawieniu z lawendą Models Own wygląda jak ... róż :) Lakier nakłada się bezproblemowo, aby pokryć paznokcie jednolitym kolorem potrzebne są dwie warstwy. Jak na piasek przystało lakier okazał się trwały, dotrzymał kroku Models Own i wytrzymał na dłoniach 5 dni :)


A tak duet prezentuje się na paznokciach:
na zdjęciach (w sztucznym świetle): 1 warstwa Sally Hansen Nail Rehab X, dwie warstwy Models Own HyperGel w kol Lilac Sheen, na palcach serdecznych 2 warstwy Golden Rose Holiday nr 69.







Jak Wam się podoba?

niedziela, 23 marca 2014

Akcja regeneracja, czyli na ratunek rzęsom z Regenerum

Odkąd pamiętam zawsze chciałam mięć piękne, gęste i długie rzęsy. Niestety w tej kwestii natura się nie popisała i obdarzyła mnie rzęsami prostymi, niezbyt gęstymi, cienkimi, krótkimi i z jasnymi końcówkami. Dodatkowo, jakiś czas temu, po chorobie, w prawym oku wypadła mi część rzęs, więc mogę się pochwalić całkiem widocznymi ubytkami. Nici z zalotnej firanki, no chyba że przykleję sobie sztuczne rzęsy, ale w tej dziedzinie jestem kompletną ciamajdą, więc zostają tusze do rzęs, które mimo obietnic producentów rzeczonej firany na moich oczach niestety nie robią.

Są jeszcze wynalazki typu RevitaLash, ale nie umiem, po protu nie umiem wydać kilku stów na specyfik, który pomoże albo i nie. Co prawda pojawiły nieco tańsze odpowiedniki, jednak wciąż nie czułam się skuszona, aż do wczoraj, kiedy Mama pokazała mi w aptece regeneracyjne serum do rzęs - Regenerum. Rzut oka na cenę (29 zł)sprawił, że długo się nie zastanawiałam, za taką kwotę mogę spróbować i powalczyć o zalotne spojrzenie :)


Regenerum do rzęs składa się z dwóch preparatów - serum do stosowania na linię rzęs (4 ml), które nakładamy za pomocą pędzelka jaki używany jest w eyelinerach, oraz serum do stosowania na całej długości rzęs (7 ml), które nakładamy standardową szczoteczką do tuszu do rzęs. Jak zapewnia producent w składzie produktu znajdziemy: lipooligopeptydy, ekstrakt ze świetlika, kompleks matrykiny i prowitaminy B5 oraz żel z aloesu i witaminę E. Produkt zalecany jest do stosowania na noc.


Jak się spisze zobaczymy, kurację zaczęłam stosować wczoraj i cyknęłam zdjęcie aby móc porównać ewentualny efekt. Pierwsze porównanie mam zamiar zrobić po miesiącu, ciekawa jestem czy coś z tego wyjdzie, trzymajcie kciuki :)

Stosujecie tego typu produkty? Jak się u Was sprawdzają?

poniedziałek, 17 marca 2014

Świeżo Malowane Poniedziałki - Essie Bobbing for Baubles + Sephora Blackjack

I skończyła się wiosna, piękna panna poszła na urlop i zostawiła chmurska, deszcz i wietrzysko, które głowę urywa. Ale pocieszam się, że to ostatnie tchnienie jesienno-zimowej aury i już niedługo przyroda wybuchnie niesamowitą feerią barw :) Dzisiaj moje paznokcie idealnie pasują do pogody za oknem a goszczą na nich dwa lakiery: Essie Bobbing for Baubles i Sephora Blackjack.


Essie Bobbing for Baubles to ciemna, stalowa szarość o kremowym wykończeniu, w zależności od światła staje się bardzie zielonkawa lub granatowa. Na paznokciach jest ciemniejsza niż w buteleczce. Nakłada się równo, nie zalewa skórek, jedna warstwa wystarczy do pokrycia paznokci jednolitym kolorem, chociaż ja dla pogłębienia koloru dodałam jeszcze jedną. Lakier szybko wysycha, nie bąbelkuje, po wyschnięciu umiarkowanie błyszczy, miłośniczkom połysku radzę nałożyć top. Lakier wytrzymał na moich paznokciach 5 dni bez większego uszczerbku, jedynie końcówki lekko się starły, odpryski pojawiły się dopiero 6-go dnia. Zmywa się dobrze, ale niestety brudzi skórki :(


Sephora Blackjack to piękna, stalowa, metaliczna szarość o granatowym połysku. Lakier po prostu mnie urzekł, wygląda obłędnie a do tego użytkowo spisuje się wręcz wzorowo. Nakłada się równo, szybko wysycha, nie bąbelkuje. Wysycha na lekką satynę, nałożenie topu wydobywa z niego to co najlepsze :) Lakier jest bardzo trwały, nosiłam go 6 dni i jedyne co zaobserwowałam to lekkie starcie końcówek. Zmywa się łatwo, nie brudzi skórek.


Na zdjęciach (sztuczne światło): 1 warstwa Sally Hansen Nail Rehab X, 2 warstwy Essie Bobbing for Baubles, na palcu serdecznym 2 warstwy Sephora Blackjack, 1 warstwa Sally Hansen Insta-Dry. 





I jak Wam się podoba?

czwartek, 13 marca 2014

Maybelline New York Color Tattoo, czyli dlaczego czasem warto dać drugą szansę

Jako posiadaczka tłustych powiek, z których bez bazy spływa dosłownie wszystko, z ogromną rezerwą podchodziłam do cieni w kremie. Kiedy na ryku pojawiły się Color Tattoo od Maybeline New York postanowiłam zmierzyć się z taką formułą kosmetyku. Przygarnęłam biel i turkus. Niestety nie dogadałam się w tedy z Coloor Tattoo, cienie nie trzymały się ani na bazie, ani tym bardziej bez niej, odkładały się w załamaniu powieki, blakły, ścierały się, ogólnie rozczarowanie. Pożegnałam się z nimi bez żalu i obiecałam sobie już nigdy po nie nie sięgać.

Gdybym tej obietnicy dotrzymała, dzisiejszy post nie ujrzałby światła dziennego. Jakiś czas po tym kiedy wspomniane pierwsze egzemplarze "Tatuaży" wylądowały za oknem, dołączyłam do blogosfery? I co? A to, że znalazłam całą masę pieśni pochwalnych wychwalających Color Tattoo pod niebiosa i wskazujących je jako obowiązkowy punkt listy chciejstw na zakupy w Rossmannie w trakcie 40% zniżki na kolorówkę. I pękłam, postanowiłam Color Tattoo dać drugą szansę, kupiłam On and on bronze i tak go pokochałam, że w ciągu kilku miesięcy moja kolekcja rozrosła się do 6 sztuk, które dzielnie towarzyszą mi w codziennym makijażu.


Color Tattoo zamknięte są w szklanych słoiczkach, charakteryzują się miękką, kremową konsystencją oraz świetną pigmentacją. Nakładam je palcami, chociaż można to zrobić również syntetycznym pędzelkiem do cieni, jak kto woli, jak komu wygodniej. Cienie nakładają się wyśmienicie, świetnie się ze sobą łączą, dobrze blendują, chociaż trzeba z nimi pracować szybko, ponieważ szybko zasychają. Znakomicie sprawdzają się solo oraz jako baza pod cienie pudrowe lub pigmenty oraz jako linery. Zmywanie cieni jest łatwe, ja usuwam je płynem micelarnym. Nie wiem jak to się stało, że biel i turkus w ogóle się nie trzymały, ale odcienie, które za chwilę Wam zaprezentuję, na bazie są po prostu nie do zdarcia, nałożone rano wytrzymują do późnego wieczora w niezmienionym stanie. Regularna cena pojedynczego słoiczka to ok. 35 zł, często można je dostać w promocji za około 20-25 zł.


On and on bronze - absolutny ulubieniec, towarzysz codziennego makijażu, niezbędny kiedy na jego wykonanie mam kilka minut. To ciepły, złocisty brąz o metalicznym wykończeniu, pięknie podkreśla spojrzenie i je rozświetla. Uwielbiam go również jako bazę pod pigmenty, szczególnie w połączeniu z pigmentem nr 85 z Inglota, wygląda wtedy zniewalająco.


Eternal Silver - klasyczne, skrzące się, metaliczne srebro, czasem używam go w codziennym makijażu do rozświetlenia wewnętrznego kącika oka, ale dla mnie niezrównany jest jako baza pod pigmenty, rewelacyjnie podbija ich kolor wydobywając z nich to co najlepsze.


Endless Purple - z tym gagatkiem lubię się najmniej, jak dla mnie odcień jest nieco zbyt chłodny i nie jest tak metaliczny jak dwa poprzednie, jest również mniej nasycony, przez co na oku zdarza mu się robić plamy, ale i dla niego znalazłam zastosowanie - świetnie sprawdza się jako baza pod smoky, ostatnio robiła na nim fioletowe smoky i wyszło jak marzenie :)


Pink Gold - ten i następne kolory niestety nie są dostępne w Polsce. Jest to cudowne połączenie chłodnego różu ze złotem, kapitalnie wygląda na powiece, rozświetla spojrzenie, nadaje mu świeżości, mimo metalicznego wykończenia pozostaje dyskretny, a w połączeniu z czarną, graficzną kreską wygląda obłędnie. Obok On and on bronze to jeden z moich "tatuażowych" ulubieńców. Jest po prostu piękny :)


Metallic Pomegranate - kolejna piękność, bordo ze złotymi drobinkami, mówię Wam na oku wygląda obłędnie, jest metaliczny, ale mniej niż np. Pink Gold. Nie odważyłam się go nałożyć na całą powiekę, ale w zewnętrznym kąciku oka w połączeniu z Pink Gold wygląda pięknie, to jedno z moich ulubionych połączeń.


Eterenal Gold - nie jest to do końca mój kolor, ale zadziwiająco ładnie wygląda na powiece, jest metaliczny, ale nieco mniej napigmentowany od pozostałych, dzięki czemu na oku pozostawia migoczącą mgiełkę koloru, świetnie się sprawdza do rozświetlenie samego kącika. Nie próbowałam go jeszcze jako bazy pod pigmenty, ale podejrzewam, że może dać ciekawy efekt :)

A tutaj same swatche:
 na górze (od lewej): On and on bronze, Eternal Silver, Endelss Purple,
na dole (od lewej): Pink Gold, Metallic Pomegranate, Eternal Gold

Obecnie bez Color Tattoo nie wyobrażam sobie swojego codziennego makijażu, chociaż chciałabym wyrazić swoje ubolewanie nad bardzo ubogą i niestety ponurą gamą kolorystyczną jaka jest dostępna na naszym rynku i autentycznie przykro mi się robi kiedy w sieci widzę ile kolorów można znaleźć za granicą.

Lubicie Color Tattoo? Jaki jest Wasz ulubiony odcień?

poniedziałek, 10 marca 2014

Świeżo Malowane Poniedziałki - OPI The Spy Who Love Me

Kochani Wiosna przyszła! To już chyba oficjalne :) Wczoraj spacerowałam po lesie z kijkami tylko w bluzie i szaliku i nie zmarzłam, a przy okazji przeszłam 7 km ciesząc się leśnym spokojem i ciszą cudownie brzęczącą w moich uszach :) A Wy jak spędziliście weekend?

To teraz czas na prezentację dzisiejszego bohatera - Agenta w Służbie Jej Królewskiej Mości - OPI The Spy Who Loved Me z kolekcji Skyfall z 2012 r.


Szpieg to iście królewski odcień czerwieni z domieszką złotego pyłku, który nadaje lakierowi głębi, sprawia że w świetle pięknie migocze i przyciąga wzrok. Czasem, w zależności od oświetlenia, pokazuje swoją pomarańczową lub lekko różową naturę :D Mam wersję miniaturową (5 ml), więc miałam obawy przed jego nakładaniem, ponieważ z pędzelkami w miniaturach OPI bywa niestety różnie, na szczęście w tym przypadku pędzelek okazał się sprężysty, elastyczny i równo przycięty, więc nakładanie lakieru było czystą przyjemnością, emalia nie smużyła, nie zalewała skórek, dwie cienkie warstwy wystarczyły do pokrycia paznokci równomiernym, połyskującym kolorem. Lakier nie bąbelkuje, wysycha szybko na umiarkowany połysk, dla podkreślenia jego złocistego wnętrza proponuję nałożenie topu, co też uczyniłam :) Lakier wytrzymał na paznokciach 6 dni, delikatnie ścierał się na końcówkach. Zmywanie jest łatwe, nie odbarwia paznokci ani skórek. Jak dla nie chodzący ideał wśród czerwieni :)

Na zdjęciach (sztuczne światło): 1 warstwa Sally Hansen Nail Rehab X, 2 warstwy OPI The Spy Who Loved Me, 1 warstwa Saly Hansen Insta-Dry.






Jak Wam się podoba Szpieg z Agencji OPI? :)

PS. Podczas tworzenia dzisiejszej notki nie ucierpiało żadne zwierze, tło, które macie przyjemność oglądać, to poduszka wykonana ze sztucznego futerka :)

środa, 5 marca 2014

And The Oscar Goes To...

Kolejna oskarowa noc za nami. Tak jak pisałam Wam rok temu, uwielbiam to filmowo-modowe szaleństwo i zawsze czekam na nie z zapartym tchem. Trochę pociąga mnie to targowisko próżności, ale nie potrafię sobie odmówić patrzenia na pięknych ludzi w jeszcze piękniejszych strojach. A filmy? Też są oczywiście ważne, chociaż większości z nominowanych obrazów nie miałam jeszcze okazji obejrzeć.

W tym roku gala podobała mi się również dlatego, a raczej przede wszystkim dlatego, że prowadziła ją Ellen Degeneres, było lekko, zabawnie, bez zadęcia, a "słit focia z rąsi" z największymi gwiazdami Hollywood okazała się hitem internetu i zawiesiła Tweetera :) A czy ktoś kiedyś widział gwiazdy w kreacjach za ciężkie pieniądze, wcinające pizzę z papierowych talerzy? Bezcenny widok :)

Znawcą mody nie jestem, ale jak co roku czerpałam ogromną przyjemność z oglądania czerwonego dywanu, a było na co popatrzeć. Zachwyciła mnie Angelina Jolie, która wyglądała olśniewająco, Sandra Bulloock, Cate Blanchet i Camilla Alvez. Oto moja subiektywna lista Best Dressed (kolejność losowa).

Angelina Jolie w sukni Elie Saab Heute Couture

Cate Blanchett w sukni Armani Prive

Jennifer Lawrence w sukni Dior

Sandra Bullock w sukni Alexandra McQeen'a

Lupita Nyong'o w sukni Prady

Emma Watson w sukni Very Wang

Evan Rachel Wood w sukni Elie Saab Heute Couture

Matthew McConaughey (w Dolce & Gabanna) z żoną Camilą Alves w zachwycającej sukni Gabrieli Cadeny

Penelope Cruz w sukni Gambattista Vali Heute Couture

Kate Hudson w sukni Atelier Versace

Julia Roberts w sukni Givenchy Couture

Glenn Close w ukni Zac'a Posen'a 

Meryl Streep w sukni Lanvin

I na koniec najpopularniejsza focia z rąsi na świecie :)

poniedziałek, 3 marca 2014

Świeżo Malowane Poniedziałki - Golden Rose Rich Color nr 46 + Inglot nr 207 + Dior Vernis Trianon Edition nr 187 Perle

Cześć!

Mija tydzień od koncertu, a ja wciąż cieszę się sama do siebie, naprawdę nie wiedziałam, że występ ukochanego zespołu daje takiego pozytywnego kopa. Już nie mogę się doczekać kolejnego koncertu :)

Ale dzisiaj nie będzie o muzycznych ekscytacjach, a o lakierowym trio, za pomocą którego stworzyłam cukierkowe i błyszczące mani, czyli barbiowym różu Golden Rose z serii Rich Color o nr 46, złotym brokacie od Inglota z nr 207 oraz nowości w szeregach Diora, lakierze z kolekcji Trianon - nr 187 Perle.


Za bazę dla całości posłużył lakier GR Rich Color opatrzony numerem 46, czyli jasny, kremowy róż. Lakier wyposażony jest w szeroki, wygodny pędzelek, który ułatwia aplikację. A ta jest naprawdę przyjemna, lakier nie smuży, nakłada się równo, nie bąbelkuje. Dwie cienkie warstwy pokrywają paznokcie jednolitą warstwą koloru. Świetna jakość w świetnej cenie :)


Brokat od Inglota to mój walentynkowy prezent dla samej siebie. 207 to przezroczysta baza z mnóstwem złotych drobinek o holograficznym połysku, pięknie łapie światło i migocze. Nakłada się bezproblemowo, brokat rozkłada się równomiernie, a zmywanie to prawdziwa przyjemność, żaden brokat nie zmywał mi się tak gładko.


Dior Vernis Tranon Edition nr 187 - Perle to jeden z czterech lakierów wchodzących w skład wiosennej kolekcji makijażu Diora. W butelce mnie nie porwał, ale okazało się, że to nie jest zwykły mleczny lakier z różowo-fioletowym połyskiem, ponieważ Perle jest matowy i daje ciekawy efekt jakby zmrożonych, perliście połyskujących paznokci. Mówię Wam cudo, musiał trafić do moich zbiorów. Fajnie prezentuje się solo, ale świetnie sprawdza się jako top i właśnie w dzisiejszym mani nałożyłam go na róż od GR. Dior nieco rozbielił lakier bazowy i sprawił, że wygląda jak satyna.


Całość prezentuje się tak:
(na zdjęciach - w sztucznym świetle - 1 warstwa OPI Natural Nail Bae Coat, 2 warstwy Golden Rose Rich Color nr 46, na palcu wskazującym i środkowym dodatkowo 1 warstwa Dior Vernis Trianon Edition nr 187 Perle, a na palcu serdecznym i małym dodatkowo 1 warstwa brokatu Inglot nr 207)





I jak Wam się podoba?