Stało się! Blog osiągnął okrągłą liczbę Obserwatorów i od dziś jest Was 50 :) Dziękuję, że jesteście ze mną, nawet nie wiecie ile to dla mnie znaczy.
Kiedy niewiele ponad cztery miesiące temu zakładałam "Tęczową Banieczkę" (jak pieszczotliwie nazywam swojego bloga) nie spodziewałam się, że będzie Was aż tyle. Nie liczyłam na wiele, każdy nowy Obserwator to był powód do świętowania, z resztą nadal jest :) Wiele z Was przywędrowało do mnie w związku z projektem "Młode Blogerki", inne zawitały tu być może przez przypadek, ale zostały ze mną na dłużej i wszystkim Wam serdecznie za to dziękuję :)
Blog miał być miejscem, gdzie będę mogła dać upust swojej niepohamowanej, wręcz szaleńczej miłości do różnej maści kosmetyków, pomyślałam, że przy okazji może stać się źródłem informacji, których wiele z nas coraz częściej szuka właśnie w internecie. Jeżeli dzięki mojej skromnej opinii ułatwię Wam wybór ulubionej szminki, podkładu, lakieru czy innego mazidełka to jest to dla mnie ogromny sukces.
Jeszcze raz bardzo Wam dziękuję za to, że jesteście, że czytacie, że komentujecie, że po prostu motywujecie mnie do tego aby "Tęczowa Banieczka" z dnia na dzień stawa się lepszym blogiem :)
Z tej okazji postanowiłam zupełnie odmienić bloga, zmieniłam jego tło i nagłówek (wykonałam go sama), trochę mnie to cierpliwości kosztowało :), ale efekt końcowy bardzo mi się podoba. Mam nadzieję, że Wam również.
Pozdrawiam Was serdecznie,
E.
niedziela, 7 kwietnia 2013
sobota, 6 kwietnia 2013
Wiosna z Inglotem
Chyba mam słabość do Inglota, od jakiegoś czasu nie jestem w stanie przejść obojętnie obok ich nowych kolekcji. Tym razem nie oparłam się wiosennej edycji lakierów do paznokci. Powiem więcej, nie oparła się jej również moja mama :) I tak wspólnymi siłami wzbogaciłyśmy nasz lakierowy zbiór, 5 nowymi, pastelowymi odcieniami.
UWAGA: nie sugerujcie się zdjęciami promocyjnymi, na których lakiery wyglądają na przygaszone, w rzeczywistości są jasne, pastelowe, bardzo wiosenne i naprawdę kuszą.
Razem z mamą wybrałyśmy nry 386-390.
Pierwsze testy wypadły nadzwyczaj pozytywnie, lakiery kryją już po jednej warstwie i wcale nie smużą tak bardzo jak tego się spodziewałam. Już nie mogę się doczekać kiedy trafią na moje dłonie, może w ten sposób przegonię zimę?
Jak Wam się podoba ta kolekcja?
UWAGA: nie sugerujcie się zdjęciami promocyjnymi, na których lakiery wyglądają na przygaszone, w rzeczywistości są jasne, pastelowe, bardzo wiosenne i naprawdę kuszą.
Razem z mamą wybrałyśmy nry 386-390.
źródło: fanpage Inglota na www.facebook.com
386
390 387
389 386
na 3 powyższych zdjęciach od lewej: 386, 387, 388, 389, 390
386
387
388
389
390
Pierwsze testy wypadły nadzwyczaj pozytywnie, lakiery kryją już po jednej warstwie i wcale nie smużą tak bardzo jak tego się spodziewałam. Już nie mogę się doczekać kiedy trafią na moje dłonie, może w ten sposób przegonię zimę?
Jak Wam się podoba ta kolekcja?
czwartek, 4 kwietnia 2013
Zoya Pixie Dust Summer 2013
Jak doskonale wiecie, odbiło mi na punkcie piaskowego wykończenia na paznokciach. Eksperymentuję z kolorami i teksturami. Jakiś czas temu pokazywałam Wam krótką zapowiedź letniej kolekcji piaskowych/cukrowych lakierów Zoyi. Teraz w sieci pojawiły się nowe zdjęcia promocyjne prezentujące wszystkie nowe odcienie, niestety swatchy nie znalazłam, ale podejrzewam, że to kwestia czasu :) Kolekcja ma trafić do sprzedaży już w kwietniu, w Polsce ma się pojawić w maju.
Cieszcie oko cukrowymi lakierami Zoya:
Cieszcie oko cukrowymi lakierami Zoya:
źródło wszystkich zdjęć: www.google.com/images
Do serca przytuliłabym wszystkie poza żółtym, no dobrze ostatecznie mogłabym zrezygnować jeszcze z niebieskiego, ale z żadnego więcej! To już chyba uzależnienie...
Jak Wam się podoba letnia propozycja Zoyi? Widzicie coś dla siebie?
środa, 3 kwietnia 2013
Revlon Colorstay - podkład do cery tłustej i mieszanej
Wiecie jak znaleźć podkład (prawie) idealny? Ja już wiem, przez przypadek :) Tak, zgadza się, właśnie w taki sposób trafił do mnie osławiony już w sieci podkład Revlon Colorstay. Z racji tego, że moja cera jest mieszana z tendencją do tłustej, wybrałam wersję podkładu przeznaczoną do tego właśnie typu cery. A raczej wybrała go dla mnie przemiła Pani z drogerii Hebe w warszawskim Blue City.
Powiem Wam szczerze, że po raz pierwszy spotkałam się z tak sympatyczna i kompetentą osobą, od której niejedna konsultantka z Sephory czy Douglasa mogłaby się uczyć. Widząc moje szaleństwo w oczach kiedy miotałam się od półki do półki w poszukiwaniu podkładu, grzecznie spytała się czy może mi pomóc, zazwyczaj odmawiam, ale w tym przypadku zaryzykowałam i poprosiłam o poradę. Zapytała się mnie czego szukam i w jakim przedziale cenowym, poinformowała mnie o dostępnych promocjach i zaproponowała Revlon, widząc moje niezdecydowanie zaprosiła mnie do stanowiska do makijażu i elegancko mnie umalowała, przy okazji doradzając na co powinnam zwrócić uwagę. Ponieważ w Hebe (i nie tylko) wszystko oświetlone jest mega jasnymi jażeniówkami wciąż nie byłam zdecydowana, usłyszałam, że oczywiście nie ma problemu, nie muszę dokonywać zakupu od razu, mogę sobie wyjść, popatrzeć na me lico w świetle dziennym i jeżeli się zdecyduję to zaprasza ponownie. Wszystko z uśmiechem i serdecznością (moim marzeniem jest być tak obsłużoną zawsze). Jak się okazało kolor miałam dobrany idealnie, pomimo, że na buzi miałam grubszą warstwę kosmetyku niż zazwyczaj postanowiłam zaryzykować i tak Revlon Colorstay w kol. 180 (Sand Beige) zasilił moją kosmetyczkę (w promocyjnej cenie 39,99 złotych polskich) i został moim numerem jeden.
Podkład ma bardzo przyjemną, lekką, trochę suchą konsystencję, przez co lepiej nakładać go palcami, ponieważ pędzel może zostawić nieestetyczne smugi. Ładnie wtapia się w skórę, nie tworzy maski. I teraz cechy, dzięki którym go pokochałam: naprawdę świetnie i długotrwale matuje, dobrze kryje, niweluje zaczerwienienia, nie podkreśla porów a nawet dzięki niemu stają się one mniej widoczne, jest bardzo trwały, a przy tym nie zapycha, nie uczula, po miesiącu stosowania nie pojawiła się na twarzy żadna przykra niespodzianka. Buzia długo wygląda świeżo i co najważniejsze, w końcu się nie błyszczy! Dawno nie trafiłam na tak dobry podkład.
Słów kilka o kolorze: posiadam nr 180 (Sand Beige), jest to jasny beż z żółtymi tonami, które idelanie pochłaniają zaczerwienia, a dobrany został do mnie perfekcyjnie.
Czy ten ideał ma wady? Oczywiście, jednak nie są to mankamenty bardzo uciążliwe. Przez swoją suchą konsystencję może podkreślać suche skórki, a ponieważ zima uparcie nie chce nas opuścić i moje policzki są przesuszone, w tych rejonach muszę uważać, ale odrobina więcej kremu załatwia sprawę. Największy minus to dla mnie opakowanie. Szklana butla bez pompki jest po prostu wybitnie niepraktyczna, może i ładnie prezentuje się na półce w łazience, ale chwila nieuwagi na pewno zaowocuje spektakularnym roztrzaskaniem się butelki o posadzkę i przyozdobieniem całej łazienki beżowymi kleksami. Na szczęście maluję się w pokoju i obchodzę się z butlą jak z jajkiem, ale to nie o to chodzi.
Mimo to, za całą gamę jego zalet jestem mu w stanie wszystko wybaczyć i tak już go pokochałam:)
A Wy macie swoich podkłądowych ulubieńców? Używałyście Colorstay? Czy kochacie go tak jak ja, czy omijacie go szerokim łukiem? Z ogromną przyjemnością poczytam o Waszych typach :)
Pozdrawiam ciepło,
E. :)
Powiem Wam szczerze, że po raz pierwszy spotkałam się z tak sympatyczna i kompetentą osobą, od której niejedna konsultantka z Sephory czy Douglasa mogłaby się uczyć. Widząc moje szaleństwo w oczach kiedy miotałam się od półki do półki w poszukiwaniu podkładu, grzecznie spytała się czy może mi pomóc, zazwyczaj odmawiam, ale w tym przypadku zaryzykowałam i poprosiłam o poradę. Zapytała się mnie czego szukam i w jakim przedziale cenowym, poinformowała mnie o dostępnych promocjach i zaproponowała Revlon, widząc moje niezdecydowanie zaprosiła mnie do stanowiska do makijażu i elegancko mnie umalowała, przy okazji doradzając na co powinnam zwrócić uwagę. Ponieważ w Hebe (i nie tylko) wszystko oświetlone jest mega jasnymi jażeniówkami wciąż nie byłam zdecydowana, usłyszałam, że oczywiście nie ma problemu, nie muszę dokonywać zakupu od razu, mogę sobie wyjść, popatrzeć na me lico w świetle dziennym i jeżeli się zdecyduję to zaprasza ponownie. Wszystko z uśmiechem i serdecznością (moim marzeniem jest być tak obsłużoną zawsze). Jak się okazało kolor miałam dobrany idealnie, pomimo, że na buzi miałam grubszą warstwę kosmetyku niż zazwyczaj postanowiłam zaryzykować i tak Revlon Colorstay w kol. 180 (Sand Beige) zasilił moją kosmetyczkę (w promocyjnej cenie 39,99 złotych polskich) i został moim numerem jeden.
Podkład ma bardzo przyjemną, lekką, trochę suchą konsystencję, przez co lepiej nakładać go palcami, ponieważ pędzel może zostawić nieestetyczne smugi. Ładnie wtapia się w skórę, nie tworzy maski. I teraz cechy, dzięki którym go pokochałam: naprawdę świetnie i długotrwale matuje, dobrze kryje, niweluje zaczerwienienia, nie podkreśla porów a nawet dzięki niemu stają się one mniej widoczne, jest bardzo trwały, a przy tym nie zapycha, nie uczula, po miesiącu stosowania nie pojawiła się na twarzy żadna przykra niespodzianka. Buzia długo wygląda świeżo i co najważniejsze, w końcu się nie błyszczy! Dawno nie trafiłam na tak dobry podkład.
Słów kilka o kolorze: posiadam nr 180 (Sand Beige), jest to jasny beż z żółtymi tonami, które idelanie pochłaniają zaczerwienia, a dobrany został do mnie perfekcyjnie.
Czy ten ideał ma wady? Oczywiście, jednak nie są to mankamenty bardzo uciążliwe. Przez swoją suchą konsystencję może podkreślać suche skórki, a ponieważ zima uparcie nie chce nas opuścić i moje policzki są przesuszone, w tych rejonach muszę uważać, ale odrobina więcej kremu załatwia sprawę. Największy minus to dla mnie opakowanie. Szklana butla bez pompki jest po prostu wybitnie niepraktyczna, może i ładnie prezentuje się na półce w łazience, ale chwila nieuwagi na pewno zaowocuje spektakularnym roztrzaskaniem się butelki o posadzkę i przyozdobieniem całej łazienki beżowymi kleksami. Na szczęście maluję się w pokoju i obchodzę się z butlą jak z jajkiem, ale to nie o to chodzi.
Mimo to, za całą gamę jego zalet jestem mu w stanie wszystko wybaczyć i tak już go pokochałam:)
A Wy macie swoich podkłądowych ulubieńców? Używałyście Colorstay? Czy kochacie go tak jak ja, czy omijacie go szerokim łukiem? Z ogromną przyjemnością poczytam o Waszych typach :)
Pozdrawiam ciepło,
E. :)
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
Świeżo malowane poniedziałki - Barry M Textured w kol. Kingsland Road (róż) i Ridley Road (mięta)
1 kwietnia, Prima Aprilis i jednocześnie Śmingus Dyngus (a raczej Śniegus Dyngus) i jak się okazuje to pogoda sprawiła nam największego psikusa. Patrząc przez okno czuję się jakbym uczestniczyła w tworzeniu scenografii do "Królowej Śniegu", wszędzie biało.
A ja postanowiłam na przekór pogodzie zafundować swoim dłoniom radosne mani :) I tak na moich paznokciach wylądowały dwa piaskowe lakiery (tak, tak, ogarnęło mnie piaskowe szaleństwo) w absolutnie pięknych pastelowych kolorach: Kingsland Road i Ridley Road. Oba przywędrowały do mnie z Minti Shopu w ciągu dosłownie 24 h od daty złożenia zamówienia, z tak błyskawiczną przesyłką nie miałam jeszcze do czynienia :)
A ja postanowiłam na przekór pogodzie zafundować swoim dłoniom radosne mani :) I tak na moich paznokciach wylądowały dwa piaskowe lakiery (tak, tak, ogarnęło mnie piaskowe szaleństwo) w absolutnie pięknych pastelowych kolorach: Kingsland Road i Ridley Road. Oba przywędrowały do mnie z Minti Shopu w ciągu dosłownie 24 h od daty złożenia zamówienia, z tak błyskawiczną przesyłką nie miałam jeszcze do czynienia :)
Buteleczki kryją w sobie po 10 ml lakieru, na pierwszy rzut oka są to zwykłe pastelowe lakiery, jednak magia zaczyna się dziać po nałożeniu ich na płytkę paznokcia. Pędzelek jest świetny, raczej z tych wąskich, ale elastyczny i bardzo dobrze nakłada się nim lakier. Teksturowe Barry M kryją już po jednej warstwie, dla pewności i wyrównania koloru nałożyłam jeszcze jedną. Lakiery zaschły na "chropowatą skorupkę" bardzo szybko, do tego kolory na paznokciach okazały się dużo bardziej intensywne niż w buteleczkach i tak mamy intensywną morską miętę i cukierkowy róż :D (niestety aparat "zjadł" tę intensywność)
powierzchnia lakieru w powiększeniu
Lakiery Barry M mają zupełnie inną strukturę niż lakiery Zoyi z kolekcji Pixie Dust, o ile te drugie są bardziej iskrzące, delikatniejsze i ciężko uchwycić ich chropowatość o tyle te z Barry M mają dużo bardziej widoczną teksturę i intensywne kolory. Podobają mi się oba efekty. W ogóle podoba mi się to, że mimo tego, że wiele firm podąża za piaskowym trendem, każda z nich próbuje go interpretować na swój sposób dając nam do wyboru wiele wariantów kolorystycznych i teksturowych. Dla lakieromaniaczek to po prostu istny raj :D
sobota, 30 marca 2013
Wesołych Świąt!
Cześć!
Korzystając z przerwy w przedświątecznych przygotowaniach chciałabym Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia wszystkiego najlepszego! Żeby te kilka dni upłynęło w miłej, ciepłej i pełnej radości atmosferze, żeby stół uginał się pod naporem świątecznych smakołyków i żeby nie zabrakło przy nim przede wszystkim uśmiechu :D I tak po cichu życzę Wam (i sobie), aby przyszła w końcu do nas wiosna radosna!
Wesołego jajka i zająca!
Ewa
Korzystając z przerwy w przedświątecznych przygotowaniach chciałabym Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia wszystkiego najlepszego! Żeby te kilka dni upłynęło w miłej, ciepłej i pełnej radości atmosferze, żeby stół uginał się pod naporem świątecznych smakołyków i żeby nie zabrakło przy nim przede wszystkim uśmiechu :D I tak po cichu życzę Wam (i sobie), aby przyszła w końcu do nas wiosna radosna!
Ewa
czwartek, 28 marca 2013
Ach te piaski i pastele...
Dzisiaj wpadam z krótką notką z zapowiedziami.
Pierwsza z nich to wiosenna kolekcja lakierów Inglota :) Do wyboru mamy 10 nowych odcieni w radosnych kolorach, gdybym mogła przygarnęłabym najchętniej wszystkie, a zwłaszcza fiolety :D
Pierwsza z nich to wiosenna kolekcja lakierów Inglota :) Do wyboru mamy 10 nowych odcieni w radosnych kolorach, gdybym mogła przygarnęłabym najchętniej wszystkie, a zwłaszcza fiolety :D
źródło: fanpage Inglota na www.facebook.com
Moje typy 386-388 i 381. Jakie są Wasze?
Druga zapowiedź dotyczy tego co w najbliższym czasie znajdzie się na moich pazurkach i niewątpliwie trafi na zacne strony tegoż bloga :) Skuszona tym i tym postem pat18s odwiedziłam www.mintishop.pl i czym prędzej zakupiłam dwa piaskowce od Barry M. Zgadniecie, które kolory wybrałam?
Tak więc można z całą pewnością stwierdzić, że piaski i pastele zawładnęły moją wyobraźnią :)
Pozdrawiam,
E.
Tak więc można z całą pewnością stwierdzić, że piaski i pastele zawładnęły moją wyobraźnią :)
Pozdrawiam,
E.
środa, 27 marca 2013
Hit z pudełka - Jelly Pong Pong
Jak już pisałam zakończyłam przygodę z Glossboxem, po 3 miesięcznej subskrypcji zostały mi dwa kartonowe pudełka (ładne i przydatne), miłe i złe chwile z testowanymi kosmetykami i dwa cuda, bez których już nie mogę się obejść w codziennym makijażu. Moje Drogie poznajcie jeden z nich - błyszczyk w kredce Jelly Pong Pong (swoją drogą świetna nazwa), czyli siostrę bliźniaczkę Chubby Stick od Clinique.
Otrzymałam kredkę w kolorze czerwonym, mogłam trafić na różową wersję, ale cieszę się, że to właśnie czerwień trafiła w moje ręce, nie wszystkie róże do mnie pasują, a szkoda byłoby oddać tak fajny produkt.
Jelly Pong Pong wygląda jak przerośnięta kredka świecowa :) To fajny gadżet, który jednocześnie zapewnia komfortową aplikację kosmetyku na nasze usta. Sztyft wysuwany jest za pomocą srebrnej końcówki, która obraca się płynnie i się nie zacina. Sztyft jest dość miękki, gładko sunie po wargach, aplikując cienką warstwę błyszczyka. I to mi się podoba, efekt można stopniować, od delikatnego "kisielowego" efektu, po mocny, nasycony kolor, możemy usta obrysować bardzo wyraźnie, jak przy pomocy konturówki, lub rozetrzeć i wklepać kolor, aby uzyskać efekt przygryzionych ust. Jeden kosmetyk, a ile możliwości :)
Oczywiście Jelly Pong Pong nie jest wolna od wad (niestety), mimo że ma to być produkt nawilżający, to jednak zdarza się jej podkreślać suche skórki. Spróbowałam nałożyć ją na cienką warstwę szminki ochronnej, na początku wszystko było ok, jednak po jakimś czasie starła się bardzo nierówno i wyglądało to nieestetycznie. Nałożona bezpośrednio na usta kredka trzyma się świetnie, wytrzymuje nawet jedzenie i picie i ściera się równomiernie.
Kolor to soczysta, lśniąca czerwień z ciepłymi, pomarańczowymi tonami, bardza energetyczna i zaskakująco dobrze współgrająca z moim bladym licem, efekt przedstawiam poniżej :)
PS. To mój "ustowy" debiut, przygotowując tę notkę usuwałam to zdjęcie chyba z 15 razy, czuję się naprawdę głupio umieszczając je w sieci, jestem naprawdę zawstydzona... Wiem, że taka uroda bloga, w końcu ciężko pokazać kolor jedną kreską na dłoni, dlatego ostatecznie zdecydowałam się dodać zdjęcie, ale policzki mi płoną! No wiecie, ja już tak mam :)
Zgodnie z ulotką z Glossyboxa cena za 2,5 g Jelly Pong Pong to 60 zł. To taniej niż Chuby Stick od Clinique i mniej więcej tyle samo co kredki Revlona, jednak jak dla mnie to cena trochę wygórowana. Owszem to bardzo dobry produkt, jednak wg mnie cena nie powinna przekraczać maksymalnie 40 zł. Być może dlatego żadna kredka jeszcze nie trafiła w moje ręce, tym bardziej cieszę się, że przywędrowała w pudełku, gdyby takich hitów było więcej, bez wahania przedłużyłabym subskrypcję Glossyboxa na następne pół roku :)
A Wy co sądzicie o takiej formie szminki/błyszczyka? Lubicie czy preferujecie klasyczne rozwiązania?
Otrzymałam kredkę w kolorze czerwonym, mogłam trafić na różową wersję, ale cieszę się, że to właśnie czerwień trafiła w moje ręce, nie wszystkie róże do mnie pasują, a szkoda byłoby oddać tak fajny produkt.
Jelly Pong Pong wygląda jak przerośnięta kredka świecowa :) To fajny gadżet, który jednocześnie zapewnia komfortową aplikację kosmetyku na nasze usta. Sztyft wysuwany jest za pomocą srebrnej końcówki, która obraca się płynnie i się nie zacina. Sztyft jest dość miękki, gładko sunie po wargach, aplikując cienką warstwę błyszczyka. I to mi się podoba, efekt można stopniować, od delikatnego "kisielowego" efektu, po mocny, nasycony kolor, możemy usta obrysować bardzo wyraźnie, jak przy pomocy konturówki, lub rozetrzeć i wklepać kolor, aby uzyskać efekt przygryzionych ust. Jeden kosmetyk, a ile możliwości :)
Oczywiście Jelly Pong Pong nie jest wolna od wad (niestety), mimo że ma to być produkt nawilżający, to jednak zdarza się jej podkreślać suche skórki. Spróbowałam nałożyć ją na cienką warstwę szminki ochronnej, na początku wszystko było ok, jednak po jakimś czasie starła się bardzo nierówno i wyglądało to nieestetycznie. Nałożona bezpośrednio na usta kredka trzyma się świetnie, wytrzymuje nawet jedzenie i picie i ściera się równomiernie.
Kolor to soczysta, lśniąca czerwień z ciepłymi, pomarańczowymi tonami, bardza energetyczna i zaskakująco dobrze współgrająca z moim bladym licem, efekt przedstawiam poniżej :)
PS. To mój "ustowy" debiut, przygotowując tę notkę usuwałam to zdjęcie chyba z 15 razy, czuję się naprawdę głupio umieszczając je w sieci, jestem naprawdę zawstydzona... Wiem, że taka uroda bloga, w końcu ciężko pokazać kolor jedną kreską na dłoni, dlatego ostatecznie zdecydowałam się dodać zdjęcie, ale policzki mi płoną! No wiecie, ja już tak mam :)
Zgodnie z ulotką z Glossyboxa cena za 2,5 g Jelly Pong Pong to 60 zł. To taniej niż Chuby Stick od Clinique i mniej więcej tyle samo co kredki Revlona, jednak jak dla mnie to cena trochę wygórowana. Owszem to bardzo dobry produkt, jednak wg mnie cena nie powinna przekraczać maksymalnie 40 zł. Być może dlatego żadna kredka jeszcze nie trafiła w moje ręce, tym bardziej cieszę się, że przywędrowała w pudełku, gdyby takich hitów było więcej, bez wahania przedłużyłabym subskrypcję Glossyboxa na następne pół roku :)
A Wy co sądzicie o takiej formie szminki/błyszczyka? Lubicie czy preferujecie klasyczne rozwiązania?
poniedziałek, 25 marca 2013
Świeżo malowane poniedziałki - Zoya Pixie Dust - Godiva
Dziś powracam z lakierowym postem i pozostaję w temacie piaskowego wykończenia. Przed Wami drugi posiadany przeze mnie piaskowy lakier - Zoya Pixie Dust w kol. Godiva. Podobnie jak prezentowany dwa tygodnie temu niebieski NYX, w kwestiach użytkowych lakier jest bez zarzutu, dobrze się nakłada i szybko wysycha. A tak wygląda na pazurkach:
Jeśli miałabym wybierać pomiędzy NYX a Godivą to na dzień dzisiejszy wygrywa zdecydowanie ta druga :) Chyba dlatego, że przypomina mi kolorem piasek na plaży co z kolei uruchamia moją wyobraźnię i od razu widzę siebie na tropikalnej plaży, we wścieklekolorowym kostiumie kąpielowym, w słomkowy kapeluszu i z drinkiem w skorupce kokosa w ręku. Ach, marzenia...
Ale kończąc te fantastyczne wizje, jak Wam się podoba Godiva?
PS. Jeżeli jesteście zainteresowane piaskowymi Zoykami z letniej kolekcji to mam informację, że nowe odcienie pojawią się w Polsce już w maju :)
Jeśli miałabym wybierać pomiędzy NYX a Godivą to na dzień dzisiejszy wygrywa zdecydowanie ta druga :) Chyba dlatego, że przypomina mi kolorem piasek na plaży co z kolei uruchamia moją wyobraźnię i od razu widzę siebie na tropikalnej plaży, we wścieklekolorowym kostiumie kąpielowym, w słomkowy kapeluszu i z drinkiem w skorupce kokosa w ręku. Ach, marzenia...
Ale kończąc te fantastyczne wizje, jak Wam się podoba Godiva?
PS. Jeżeli jesteście zainteresowane piaskowymi Zoykami z letniej kolekcji to mam informację, że nowe odcienie pojawią się w Polsce już w maju :)
niedziela, 24 marca 2013
Słodka pielęgnacja z serią Joanna Naturia Body
Muszę Wam się przyznać do mojej małej słabości, uwielbiam kosmetyki, które pachną tak apetycznie, że mam ochotę je zjeść :) Taka właśnie jest seria Joanna Naturia Body, pachnie i wygląda słodko i apetycznie. W jej skład wchodzą olejek do kąpieli i pod prysznic oraz masło do ciała w trzech wariatach zapachowych: wanilia ze śmietanką, truskawka ze śmietanką i kawa ze śmietanką. Olejków używam nieprzerwanie już od ponad roku, są bardzo wydajne, świetnie się pienią i obłędnie pachną: wersja waniliowa urzeka śmietankowo-maślano-waniliowym aromatem budyniu, wersja truskawkowa przywodzi mi na myśl słodziutki koktajl ze świeżych truskawek, a używając wersji kawowej mam wrażenie jakbym myła się najprawdziwszym caffe latte :) Mimo, że olejki nie powalają składem, to całkiem przyjemnie nawilżają i lekko wygładzają skórę, pozostawiając ją jednocześnie delikatnie otuloną zapachem. Do tego opakowania świetnie wyglądają na półce w łazience: jak koktajle z bitą śmietaną na wierzchu :)
Przed użyciem, olejkiem należy potrząsnąć, aż obie warstwy połączą się w jedną mleczną konsystencję. Różnica w poziomie warstwy śmietankowej wynika z faktu, że używam teraz waniliowej wersji i właśnie wraca do swojego poziomu po kąpilei :)
Dla zainteresowanych przedstawiam skład:
Pomimo, że kosmetyki zawierają w swoim składzie parafinę nie szkodzą mojej skórze i bardzo je lubię, na pewno będę używać jeszcze długo.
Dodatkowym atutem serii jest jej dostępność i cena, zarówno olejki jak i masła do ciała kosztują nie więcej niż 10 zł.
A Wy stosowałyście coś z tej serii? Lubicie kosmetyki o tego typu zapachach?
Przed użyciem, olejkiem należy potrząsnąć, aż obie warstwy połączą się w jedną mleczną konsystencję. Różnica w poziomie warstwy śmietankowej wynika z faktu, że używam teraz waniliowej wersji i właśnie wraca do swojego poziomu po kąpilei :)
Dla zainteresowanych przedstawiam skład:
A dla całkowitego zanurzenia się w tej waniliowej rozkoszy używam również masła do ciała z tej samej gamy zapachowej. Masełko ma bardzo przyjemną śmietankową konsystencję, ładnie się rozprowadza i świetnie wchłania, pozostawiając skórę nawilżoną, miekką i uspokojoną. Nie zostawia tłustego filmu.
Pomimo, że kosmetyki zawierają w swoim składzie parafinę nie szkodzą mojej skórze i bardzo je lubię, na pewno będę używać jeszcze długo.
Dodatkowym atutem serii jest jej dostępność i cena, zarówno olejki jak i masła do ciała kosztują nie więcej niż 10 zł.
A Wy stosowałyście coś z tej serii? Lubicie kosmetyki o tego typu zapachach?
Subskrybuj:
Posty (Atom)










