piątek, 17 maja 2013

O stopy zadbać czas!

Niby nic nowego, to wręcz oczywistość, że o stopy trzeba dbać i to zawsze, ale skoro nadszedł czas noszenia sandałków i odsłaniania naszych stóp w mniejszym lub większym stopniu, trzeba zadbać o nie jeszcze bardziej.

Niestety moje stópki nie są wdzięcznym materiałem do pielęgnacji, moim problemem  jest przede wszystkim sucha i czasami pękająca skóra na piętach. Nic to, że w pięty wsmarowuję najróżniejsze kremy, że ścieram niepotrzebny naskórek i staram się jak mogę, ale skóra jest przesuszona. Niestety ma to związek z moim stanem zdrowia i problem ten będzie mi już towarzyszył zawsze. Ale Ewcia nie w ciemię bita kobieta jest i metodą prób i błędów wypracowałam sobie sposób dbania o stopy, szczególnie wiosną i latem (zimą moje zabiegi stają się rzadsze), który przynosi zadowalające efekty. Dzięki temu przywdziałam dzisiaj po raz pierwszy w tym roku i po raz pierwszy od wielu, wielu miesięcy sandałki, a moje stopy znów poczuły się wolne. Jaka to radość zrzucić już nie tylko ciężkie zimowe buty, ale nawet baletki! Cieszyłam się jak małe dziecko :D Swoją drogą, widać niewiele mi do szczęścia potrzeba :)

Aby moje stopy nie przypominały stóp hobbita (w końcu nie mieszkam w Śródziemiu, chociaż czasem żałuję) przede wszystkim staram się systematycznie urządzać moim stopom relaksującą kąpiel, do której używam różnej maści soli do kąpieli oraz olejków przeznaczonych do pielęgnacji stóp, kiedy nie mam olejku wystarczy sama sól. Po takiej 15 minutowej kąpieli delikatnie ścieram naskórek oraz ręcznikiem usuwam skórki przy paznokciach, potem robię peeling, a na samym końcu wcieram balsam do stóp, zakładam skarpetki i pomykam po mieszkaniu. Do codziennych rytuałów należy ścieranie pięt ręcznikiem po każdej kąpieli oraz wcieranie chłodzącego balsamu do stóp tuż przed snem. Niby niewiele, ale pozwala to na utrzymanie stóp w nienagannym stanie.

Na dodatek do tych wszystkich zabiegów używam kosmetyków ogólnodostępnych i tanich. Moimi faworytami w tej dziedzinie pielęgnacji jest od wielu lat Avon i Orriflame. Można tym firmom zarzucić wiele, ale ich kosmetyki do pielęgnacji stóp niezmiennie trzymają wysoki poziom. Dodatkowo co roku mają kilka zapachowych edycji limitowanych, a wg mnie najlepsza była zeszłoroczna avonowska letnia kolekcja o zapachy Mojito, w tym roku Avon zaserwował nam sorbet z papai :)


Peeling Avon Foot Works Exfoliating Scrub, ma przyjemną, lekko żelową formułę z mnóstwem średniej wielkości drobinek, są na tyle delikatne, że nie podrażniają delikatnej skóry stóp, i na tyle ostre, że ładnie usuwają z niej zbędny naskórek, pozostawiając ją jedwabiście gładką (naprawdę) i miękką.



Chłodzący balsam Avon Foot Works Cooling Lotion, to mój ulubiony produkt, ma lekką, żelową konsystencję, świetnie się wchłania, nie pozostawia na skórze nieprzyjemnego lepiącego filmu, za to fenomenalnie chłodzi, przynosi stopom ulgę i ukojenie. Jak już wspomniałam używam go na noc i świetnie niweluje uczucie zmęczonych stóp. Dodatkowo fajnie wygładza skórę, rano stopy są tak przyjemnie gładkie :D



Chłodzący spray Avon Foot Works Cooling Spray to produkt, bez którego nie wyobrażam sobie lata, zawsze mam go w torebce, albo zostawiam sobie buteleczkę w pracy i kiedy czuję, że moje stopy za chwilę zapłoną żywym ogniem, lub czuję, że są opuchnięte aplikuję im kilka psiknięć tego ożywczego preparatu i naprawdę czuję ulgę, co prawda opuchnięcia nie znikają, ale zdecydowanie zmniejsza się uczucie ciężkich i palących stóp.


W ofercie Foot Works jest wiele ciekawych produktów, np. lawendowa maseczka do stóp czy zmiękczający krem do pięt z masłem shea (poluję na niego :D), które często są w atrakcyjnych ofertach cenowych, np. cały zestaw, który Wam przedstawiłam kosztował 16 zł, co prawda musiałam dokonać dowolnego zakupu z katalogu (potrzebowałam kredkę Super SHOCK), ale żal było nie skorzystać.

Oczywiście sama pielęgnacja to nie wszystko. Dbam również o świeżość moich stóp. O ile wszelkiego rodzaju dezodoranty do stóp w formie sprayu zupełnie na mnie nie działają, a wręcz mam wrażenie, że jeszcze tylko wzmagają potliwość, o tyle znalazłam świetny produkt w kremie - Orriflame Foot Care Antiperspirant Foot Cream. Jest bardzo delikatny, ma lekką konsystencję, która bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia filmu na skórze, pachnie miętą, ale zapach jest wręcz niewyczuwalny. Działa naprawdę świetnie, stopy przez cały dzień pozostają suche, po porażkach z dezodorantami myślałam, że jest to niemożliwe, ale jednak jest. Cena regularna za 50 m to 16 zł za 150 ml 33 zł, krem jest bardzo wydajny i warto zainwestować w większe opakowanie. Krem często gęsto jest na promocji i możemy go dostać odpowiednio w cenie ok 10 zł lub 15 zł.



A Wy jak dbacie o swoje stopy? Macie jakieś swoje rytuały, ulubione kosmetyki?

poniedziałek, 13 maja 2013

Świeżo Malowane Poniedziałki - Rimmel 60 Seconds - 415 Instyle Coral

Dzisiaj mam dla Was mani, które chciałam Wam pokazać już tydzień temu, ale z przyczyn niezależnych ode mnie (a może właśnie zależnych) w ubiegłym tygodniu nie byłam w stanie wykonać tak prostej czynności jak umalowanie paznokci. Swoją drogą musiałam przedstawiać swoją osobą niezwykle ciekawy widok, miotająca się po pokoju jak szalona i w akcie desperacji, po czterech nieudanych próbach, malująca pazury bezbarwnym lakierem. Nie powiem, chciałabym się wtedy zobaczyć :D



Ale wracam do Was z poniedziałkowym cyklem i przedstawiam główną postać dzisiejszej notki, czyli lakier Rimmel 60 Seconds w pięknym, koralowym odcieniu 415 Instyle Coral. Jest to kolor, który towarzyszy mi od  3 lat i niezmiennie darzę go ogromnym uczuciem, głównie za to że jest bardzo potymistyczny, intensywny i naprawdę koralowy. W kwestii użytkowej również sprawuje się bez zarzutu, kryje po dwóch cienkich warstwach, wysycha szybko (nazwa zobowiązuje) i na wysoki połysk, nie bąbelkuje. Bąbelki, które widzicie na zdjęciach, to niestety wina bazy, która jest ze mną od blisko dwóch lat i właśnie przyszedł czas, żeby ją wymienić.

Ale dzisiejszym bohaterem pierwszego planu jest nie tylko koral od  Rimmel'a ale również seksowna, zalotna, czarnowłosa Betty Boop, która nieśmiało przysiadła na moim serdecznym paznokciu i filuternie posyła Wam całusa i puszcza oczko swymi dużymi, niebieskimi oczętami :D

Na zdjeciach: baza, dwie warstwy Rimmel 60 Secnds 415 Instyle Coral, top GR Gel Look Top Coat




w mocnyn przybliżeniu (wybaczcie jakość)

Lubicie koralowe odcienie lakierów do paznokci?

sobota, 11 maja 2013

Kiedy puszczają mi hamulce

Obiecałam sobie, że będę oszczędzać, że pasa zacisnę, bo przecież szaleje kryzys, inflacja rośnie, no ogólnie nieciekawie jest. I co? I poszłam z mamą w tango po centrach handlowych i przepuściłam trochę pieniędzy. Brawo Ewcia, twarda z Ciebie kobieta, jak chcesz to potrafisz... popisowo nie dotrzymać złożonych sobie obietnic. I właśnie dlatego nigdy nie robię noworocznych postanowień.

Ale nic, nie ma już co ryczeć nad rozlanym mlekiem, trzeba cieszyć się upolowanymi zdobyczami, a trochę tego jest. I chociaż jestem na siebie okrutnie zła, to widzę jeden mały promyk nadziei, tym razem w moich zakupach prym wiodła pielęgnacja, chociaż znalazło się też miejsce dla kolorówki (jak to dobrze, że kupiłam tą komodę :D).

Przechodzę do dowodów mojej zbrodni:



Aussie, legendarna 3 minutowa odżywka do włosów, wybrałam wersję do włosów długich, jestem bardzo ciekawa tych produktów i mimo, że odżywek używam niezwykle rzadko, skusiłam się na tę od Aussie, dodatkowo do kupna zachęciła mnie promocja w Rossmanie, o której dowiedziałam się na blogu Obsession (dziękuję :D).


Dairy Fun, sole do kąpieli o zapachu truskawki i karmelowego jabłka, na tego typu kosmetyki jestem niezwykle łasa, do tego nadszedł sezon na wzmożoną pielęgnację stóp, a soli do kąpieli używam właśnie do moczenia stópek, więc od razu sięgnęłam po dwie saszetki, z resztą każda z nich kosztowała zawrotną cenę 1,49 zł (Super-Pharm), więc żal było z takiej okazji nie skorzystać (ach, te usprawiedliwienia własnych niecnych czynów).


Fruttini, krem do rąk o zapachu żurawiny w czekoladzie, mówię Wam, pachnie niezwykle smakowicie, akurat potrzebowałam nowego kremu do rak do pracy, a ten jest malutki, idelany do postawienia na biurku i do tego ten zapach. Firma Fruttini ma ogólnie świetne zapachy swoich kosmetyków, kiedyś, bardzo dawno temu, używałam balsamu do ciała o zapachy toffi, dobrze nawilżał a przy tym tak pachniał, że niewiele brakowało o bym go zjadła, czyste, płynne, ciągnące się toffi... mmm....


Będąc w Blue City nie mogłam przejść obojętnie obok salonu NYX, o paletce cieni do powiek, w której się zakochałam pisałam tutaj, więc naturalną koleją rzeczy było, że moja kolekcja powiększy się o kolejne cuda amerykańskiej marki. Przeurocza i bardzo kompetentna Pani Konsultantka (że też nie zapamiętałam imienia) opowiedziała mi o każdym produkcie i pomogła  w doborze koloru zarówno różu w kremie jak i matowego błyszczyka. Trafiła idealnie i w moje gusta i w kolory idealne do mojej karnacji. Serdecznie dziękuję i jeśli będziecie miały okazję odwiedzić salon NYX'a nie zastanawiajcie się nawet sekundy.


I powiedzcie mi, jaką karę mam sobie wymierzyć?

czwartek, 9 maja 2013

Cukierkowo, pastelowo i rozświetlająco

Kilka dni temu wracając do domu weszłam do drogerii i natknęłam się na limitowaną kolekcję Catrice - Candy Shock.


Całość kolekcji utrzymana jest w pastelowych kolorach, a na pierwszy rzut oka przypomina mi limitkę Essence - Marble Mania. Stałam, dumałam, macałam testerki i w końcu wymyśliłam, że chętnie przygarnę 1 567 rozświetlacz do twarzy :) No co?! Ładnie wyglądał, mrugał do mnie i krzyczał: "Mamo, to naprawdę Ty?!". Co poradzić, na te dziecięce kwilenie nie byłam odporna i teraz rozświetlacz rozgościł się już w szufladzie i ostro imprezuje z całą resztą mazideł :)



Opakowanie pudru jest proste i charakterystyczne dla produktów Catrice - przezroczyste, wykonane z dość grubego plastiku, zamykane na wyraźne kliknięcie, mieści 20 g produktu, a kosztuje około 20 zł.


Rozświetlacz w puzderku jest beżowy, z waniliowymi , różowymi i niebieskimi "żyłkami", na skórze daje transparentną, satynową powłokę, która optycznie ją wygładza i nadaje subtelnego połysku. Efekt jest naprawdę bardzo delikatny, idealny w codziennym makijażu. Mnie bardzo przypadł do gustu, ponieważ nie jest ani mocno perłowy, ani naładowany drobinkami, wg mnie fajnie sprawdzi się przy cerze mieszanej (taką posiadam) i tłustej - nie daje błysku a delikatną poświatę. Używam go od kilku dni i nie zauważyłam przesuszeń ani przykrych niespodzianek, twarz długo wyglądał świeżo i promiennie. Konsystencja pudru jest zbita, twarda przez co ciężko nabiera się na pędzel, trzeba się nim trochę namachać żeby rozświetlić policzki. Ale za to nie pyli.

niezwykle ciężko było uchwycić jego połysk na skórze

tak prezentuje się w świetle naturalnym

a tak wygląda bezpośrednio w słońcu

Jest to przyjemny produkt, co prawda dla miłośniczek efektu "tafli" będzie za delikatny, jednak dla osób szukających dyskretnego rozświetlenia lub zaczynających swą przygodę z tego typu produktami będzie w sam raz.

Lubicie limitki Catrice? Jak Wam się podoba Candy Shock, co byście z przyjemnością znalazły w swoich kosmetyczkach?

wtorek, 7 maja 2013

Rączki czyste mam!

Dzisiaj post z rodzaju tych praktycznych :)

W końcu przyszła wiosna w całej swej okazałości. Zieleń wręcz wybuchła, tu i tam zaczyna bosko pachnieć bez, trawa usiana jest już żółtymi plamami mleczy, a forsycja razi swym intensywnym kolorem. Po prostu wspaniale!

Jednak wisona (i lato też) ma też swoją ciemną stronę. Patrzycie pewnie teraz na to co wypisuję i myślice "Na głowę upadła? Jaka ciemna strona? Chyba mocy?!". Otóż nie mocy, Dartha Vadera i mistrza Yody proszę w to nie mieszać. Ciemna strona wiosny to nic innego jak komunikacja miejska i czychające na rączkach i poręczach stado bakterii, zarazków i innego patałajstwa (o stanie higieny naszego zacnego społeczeństwa napisano już wiele i jaki on jest każdy niestety wie). O ile w zimie chroniły nas przed nimi rękawiczki o tyle teraz mamy z nimi bezpośredni kontakt. Nie wiem jak Wy, ale ja mam ciągłe uczucie, że kiedy trzymam się poręczy to się do niej autentycznie przyklejam! Mało przyjemne uczucie :(

Ale jest na to rada, a nawet dwie: żele antybakteryjne bądź ich siostry, chusteczki odświeżające.

Dzisiaj pokaże Wam odświeżające chusteczki Cleanic Refreshing Wet Wipes Pure&Glamour. W paczuszce za około 4 zł. otrzymujemy 15 nawilżanych chusteczek z dodatkiem płynu antybakteryjnego. Dodatkowo producent obiecuje "nutę zmysłowych, kobiecych perfum" :) Chusteczki faktycznie ślicznie pachną, ale czy są to perfumy? Raczej owocowy sorbet, z lekką kwiatową nutą.


Opakowanie jest małe, mieści się w torebce, a nawet kieszeni kurtki lub płaszcza. Chusteczki przed wyschnięciem chroni samoprzylepna folia, która nawet po kilkukrotnym otwarciu i zamknięciu nie traci swoich klejących właściwości i dobrze zabezpiecza opakowanie przed przedostaniem się powietrza do środka. Chusteczki są dobrze nawilżone i miękkie, wycieranie nimi łapek to czysta (dosłownie) przyjemność, pozostawiają dłonie czyste, świeże, suche i ładnie pachnące.


Kupiłam je przypadkowo, ale jestem z nich naprawdę bardzo zadowolona, kiedy wysiadam z autobusu lub tramwaju wyciągam chusteczki, szybciutko przecieram ręce i czuję się jak człowiek cywilizowany :) A chusteczki świetnie sprawdzą się nie tylko w miejskiej dżungli, będą też idelane w podróży, na biwaku czy na plaży.

Lubicie tego typu produkty czy raczej ich nie potrzebujecie?

sobota, 4 maja 2013

Nowy dom dla kolorówki

Nastał ten dzień kiedy fakt utykania kosmetyków kolorowych w każdym możliwym pudełku w moim pokoju doprowadził mnie do szewskiej pasji. Powiedziałam sobie: "O nie Moja Droga, koniec z tym pieprznikiem, albo znajdziesz coś gdzie to wszystko upchniesz, albo do końca swoich dni będziesz się malowała pięcioma kosmetykami, do których masz najłatwiejszy dostęp!" Podrapałam się w swoją farbowaną główkę, czółko zmarszczyłam w intensywnym procesie myślowym i w końcu zapaliła się żaróweczka (kto pamięta "Pomysłowego Dobromira" ręka w górę!) - IKEA! Bucik sportowy przywdziałam na stópki i czym prędzej pognałam do szwedzkiego potentata.

Jedno Wam powiem, zawsze z Ikei wychodzę chora, mają tyle pięknych i jednocześnie funkcjonalnych rzeczy, że gdybym mogła i gdyby starczyło mi funduszy wykupiłabym połowę asortymentu :) Kiedyś, kiedy dorobię się swoich własnych czterech kątów, o metrażu przekraczającym komórkę na szczotki całe mieszkanko urządzę właśnie w Ikei.

Na razie znalazłam dom dla mojej kolorówki :) Zakupiłam mini komodę, jednak nie tą w wersji z sześcioma równymi szufladami, a taką nieco większą, też z szcześcioma szufladami, ale o trzech wielkościach (jedna duża na całą szerokość komódki,  dwie na połowę szerokości i trzy na 1/3 szerokości). W każdej znalazło się co innego, w największej pędzle, podkłady i wszystko co w buteleczkach, później szufladka z cieniami do powiek (najbardziej zapchana :D), z różami, brązerami i rozświetlaczami, kolejna ze szminkami i błyszczykami, następna z kredkami do oczu, linerami i niedobitkami cieni do powiek, a ostatnia z podstawowym zestawem do paznokci (baza, utwardzacz, wysuszacz w kropelkach, zmywacz w pisaku) oraz olejkiem Bio-Oil, masełkiem Nivea i masełkami Oriflame, jednym słowem wszystko co muszę mieć pod ręką.

Prezentacja:


cz. I największej szuflady

cz. II największej szuflady






A jak mieszka Wasza kolorówka?

PS. Uprzedzając pytania, tak, wiem, moja kolekcja jest okazała, ale nie umiem się oprzeć tym wszystkim cudownym, kolorowym mazidłom i namiętnie je kolekcjonuję :D Ten typ tak po prostu ma.

czwartek, 2 maja 2013

Dzień paczki

A raczej czterech paczek, ale o kołowrotkach i płytach pisać Wam nie będę, skupię się na paczce z Kokardi.pl.

Wszyscy mają Baleę, Baleę mam i ja (w końcu :D).

Kosmetyki Balea chodziły za mną już od dawna, jeszcze przed tym, jak postanowiłam dołączyć do blogosfery. Najpierw obleciałam wszystkie znane mi sklepy gdzie dostępne są kosmetyki z Niemiec, niestety Balei nie znalazłam, więc pozostał mi internet i tak trafiłam na Kokardi. W wirtualnym zapełnianiu koszyka musiałam się mocno trzymać za palec na myszce, bo jakoś tak drgał niespokojnie i klikał wszystko co wpadło mi w oko. Ale koniec końców ograniczyłam się do pięciu produktów (ale ja mam silną wolę!). Oto one w całej swej kolorowej krasie :)


Balea:
- żel pod prysznic Hawaii Pineapple
- żel pod prysznic Brazil Mango
- żel pod prysznic Fiji Passionfruits, dzięki nim zawitały do mnie tropikalne klimaty i od razu zrobiło się cieplej.


Balea:
- masło do ciała o zapachu bezy cytrynowej, w końcu jakoś trzeba sobie życie osładzać :)



Love2Mix Organic
- nawilżający szampon do włosów z proteinami pereł i ekstraktem z owoców acai.



Używałyście coś z pokazanych kosmetyków?

środa, 1 maja 2013

Błyszczące trio - Maybelline New York Color Sensational Shine Gloss

Naszła mnie ostatnio ochota na kosmetyki do ust. Szminki, błyszczyki, tinty etc. częściej lądują w koszyczku podczas zakupów niż np. cienie do powiek, bez któryś kiedyś nie obyło się żadne drogeryjne polowanie. Jak to mówią, kobieta zmienną jest i ja w myśl tego powiedzenia właśnie zmieniłam swoje upodobania :)


Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić błyszczyki, które od pierwszej aplikacji zawładnęły moim makijażem i podbiły moje serce - Maybelline New York Color Sensational Shine Gloss w kol.:
- nr 150 - Pink Shock,
- nr 460 - Electric Orange, oraz
- nr 550 - Gleaming Grenadine.


Błyszczyki Maybelline New York Color Sensational Shine Gloss to wiosenna nowość marki. Poza wymienionymi kolorami na naszym rynku dostępne są jeszcze dwa: Glorious Grapefruit i Fuchsia Flash. Za granicą błyszczyki mają nieco inną nazwę - Color Sensational High Shine Gloss i są dostępne w aż 12 odcieniach. Czemu mnie to już nie dziwi?

Pomimo skromnego wyboru odcieni, są one naprawdę twarzowe i jestem przekonana, że każda z Was znajdzie coś dla siebie. Swoją przygodę z tymi błyszczykami zaczęłam od koloru Electric Orange, kiedy ten skradł moje serce czym prędzej popędziłam po Gleaming Grenadine, a kiedy i czerwień mnie oczarowała nie oparłam się pokusie i do tej dwójeczki dołączył jeszcze Pink Shock i na tym etapie stanowczo powiedziałam sobie: stop! Ale uwierzcie mi, łatwo nie było.

Błyszczyki zamknięto w prostych plastikowych opakowaniach o pojemności 6,8 ml. Nie jest to żadne mistrzostwo świata w kategorii pomysłowych opakowań, ale najważniejsze, że są one praktyczne i po prostu estetyczne. Aplikator to klasyczna gąbeczka i bardzo się z tego powodu cieszę, ponieważ wszelkiego rodzaju udziwnione aplikatory doprowadzają mnie do istnego szału. Gąbeczka jest miękka, nabiera odpowiednią ilość kosmetyku i gładko sunie po ustach.


Najmnocniejszą stroną błyszczyków jest ich konsystencja, lekka, nieklejąca i cudownie kremowa, dzięki czemu po nałożeniu usta są miękkie jak po zastosowaniu balsamu do ust. Bardzo mi się to podoba. Kolory są soczyste, półtransparentne ale dobrze napigmentowane, nie zawierają drobinek za to nadają ustom piękny połysk. Utrzymują się około 3 godzin, w starciu z jedzeniem lub piciem niestety nie mają szans, ale taka już uroda błyszczyków.

Standardowa cena to około 27 zł, teraz można je upolować na promocji za około 20 zł.

Czas na prezentację kolorów:


Electric Orange - ciepły, energetyczny pomarańcz, pięknie będzie się prezentował przy opalonej buzi, ale na tle skóry która jeszcze nie złapała pierwszych promieni słonecznych prezentuje się równie ładnie, ponieważ ociepla ją i rozświetla. Jest najbardziej dyskretnym odcieniem z tych, które posiadam.


Gleaming Grenadine - czerwień idealna, bardzo klasyczna, ale jednocześnie delikatna, świetnie sprawdza się i do codziennego makijażu jaki i do tego na większe okazje.


Pink Shock - słodki, cukierkowy róż, bardzo wiosenny, idealny na co dzień, jest dobrze napigmentowany i chyba najlepiej kryjący z całej trójki.

Color Sensational Shine Gloss niespodziewanie stały się moimi wiosennymi ulubieńcami, sięgnęłam po nie ochoczo jednak nie przypuszczałam, że tak je polubię (ostatnio zdarzyło mi się trafić na kilka bubli od MNY), te błyszczyki są po prostu rewelacyjne i z czystym sercem mogę je Wam polecić.



Próbowałyście już Color Sensational Shine Gloss? Który odcień najbardziej przypadł Wam do gustu?