poniedziałek, 10 czerwca 2013

Świeżo Malowane Poniedziałki - IsaDora nr 712 - Ocean Drive + Zoya Pixie Dust Summer Edition - Stevie

Cześć!

Chwilę mnie nie było, ale powracam z cotygodniową prezentacją moich lakierowych kombinacji :D Żeby wynagrodzić Wam mały zastój na blogu przychodzę dzisiaj do Was z moją ukochaną miętą nad miętami, czyli lakierem IsaDory, opatrzonym numerkiem 712 i wdzięcznie nazwanym Ocean Drive. Do miętusa dobrałam nowość od Zoyi czyli letnią edycję piaskowej kolekcji Pixie Dust we wrzosowym kolorze o nazwie Stevie. Postanowiłam tym razem skontrastować nie tylko kolory, ale również wykończenia, zestawiłam błyszczący krem  z matowym roziskrzonym piaskiem :D


Ocean Drive to piękna, intensywna, morska mięta, ma w sobie dużo niebieskich tonów, w sumie bliżej jej do turkusu, ale i tak jest to mój ulubiony miętowy odcień, bardzo letni, na wiosnę wybieram jednak te bardziej rozbielone miętusy. Konsystencja lakieru jest dość rzadka, jednak nie rozlewa się po płytce, w ryzach trzyma go charakterystyczny, szeroki pędzelek, który jest świetny, wystarczą dwa ruchy na pokrycie płytki kolorem, ale przy mojej małej płytce trochę trudno operuje się nim przy skórkach. Lakier kryje już po jednej warstwie, wysycha szybko na lekki półmat.


Stevie od Zoyi to lakier, w którym zakochałam się od pierwszego zdjęcia promocyjnego w internecie :) To delikatny wrzos z mnóstwem srebrnych drobinek. Ma średnią konsystencję, nakłada się bardzo dobrze, dzięki bardzo zgrabnemu i elastycznemu pędzelkowi. Od swoich sióstr z podstawowej kolekcji Pixie Dust różni się tym, że dużo szybciej wysycha i ma bardziej widoczną strukturę.


A tak lakiery prezentują się w duecie na paznokciach:





Lubicie takie zestawienia na paznokciach? Jaki jest wasz ulubiony duet?

Pozdrawiam ciepło,
E.

środa, 5 czerwca 2013

Fruttini Cranberry Choc Hand Cream - krem do rąk żurawinowo-czekoladowy

Jakiś czas temu w poście zakupowym, pochwaliłam się bezczelnie zakupem kremu do rąk firmy Fruttini o zapachu żurawinowo-czekoladowym. Dzisiaj zapraszam Was na recenzję :)

Z marką Fruttini miałam już styczność jeszcze w czasach liceum, kiedy namiętnie stosowałam balsamy o zapachy toffi i wiśni z wanilią. Niestety później produkty zniknęły z drogeryjnych półek, by po latach znów cudownie się objawić w drogeriach Hebe :) Bez większego namysłu sięgnęłam po krem do rąk, akurat potrzebowałam nowej sztuki do pracy.



Krem zamknięto w poręcznej tubce o pojemności 50 ml, wykonanej z miękkiego plastiku, w związku z czym wydobycie produktu na nasze dłonie jest bardzo łatwe. Zamknięcie typu "klik" dozuje odpowiednią ilość kremu. Tubka dobrze leży w dłoni, nie wyślizguje się, a dodatkowo, dzięki apetycznemu nadrukowi na froncie, przyjemnie prezentuje się na biurku.

Konsystencja kremu jest jednocześnie lekka i dość treściwa, określiłabym ją dodatkowo jako śliską. Dobrze rozprowadza się na skórze, nie rozmazuje się po dłoniach i nie pozostawia na nich nieprzyjemnego, tłustego, czy lepiącego filmu, bardzo dobrze się wchłania.



Zapach to mocne połączenie intensywności i słodyczy czekolady z cierpką nutą żurawiny, początkowo zapach oszałamia, wręcz uzależnia, jest ciepły i otulający, pozostaje na dłoniach jeszcze długo po aplikacji. Niestety przy dłuższym stosowaniu ta cudowna mieszanka zaczyna męczyć, irytować, drażnić, staje się zbyt intensywna. Dla wrażliwych nosów może być nie do przyjęcia.

Ale w kremie do rąk nie o zapach chodzi, a o pielęgnację delikatnej skóry dłoni. I w tej kwestii Fruttini spisał się znakomicie. Po miesiącu używania moja skóra jest miękka, gładka, stała się aksamitna, nawet jej koloryt się poprawił,  zniknęły zaczerwienienia i podrażnienia. Skórki wokół paznokci stały się mniej widoczne i nie są już tak wysuszone jak dawniej. Jestem bardzo zadowolona z efektów, naprawdę widzę ogromną poprawę kondycji skóry rąk i na pewno jeszcze nie raz sięgnę po produkty Fruttini.

Skład:
AQUA (WATER), GLYCERIN, CETEARYL ALCOHOL, HYDROGENATED PALM GLYCERIDES, ETHYLHEXYL STEARATE, PHENOXYETHANOL, SORBITOL, DIMETHICONE, PARFUM (FRAGRANCE), SODIUM CETEARYL SULFATE, SODIUM BENZOATE, POTASSIUM SORBATE, CARBOMER, YOGURT, ALCOHOL, MALTODEXTRIN, SODIUM HYDROXIDE, CAMELLIA SINENSIS (GREEN TEA) LEAF EXTRACT, VACCINIUM MACROCARPON (CRANBERRY) FRUIT EXTRACT, THEOBROMA CACAO (COCOA) EXTRACT, BENZYL ALCOHOL, BENZYL SALICYLATE.

Zgodnie z informacją producenta krem jest również dostępny w następujących wariantach zapachowych:
- Cherry Vanilla (wiśnia z wanilią),
- Ginger Passionfruit (imbir z marakują),
- Peach Pear (brzoskwinia z gruszką),
i ta ostatnia opcja kusi mnie najbardziej :D

Używałyście kosmetyki marki Fruttini? Krem do rąk, o jakim zapachu, chciałybyście używać? Na lato fajną opcją mogłoby być połączenie arbuza z miętą i limonką, jak myślicie?

Macie swoje ulubione kremy do rąk?

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Świeżo Malowane Poniedziałki - Misslyn Velvet Diamond nr 59 i nr 85

Dzisiaj postawiłam na mani w soczystych, intensywnych barwach z piaskowym wykończeniem. Tym razem z mojej licznej już piaskowej rodzinki przedstawiam Wam dwóch braciszków (lub jak kto woli siostrzyczki) od marki Misslyn: złocisty pomarańcz (nr 59) i intensywny kobalt (85).


Oba lakiery, mimo, że są tej samej firmy, różnią się nieco od siebie. Ale zacznę od podobieństw. Przede wszystkim bardzo szybko wysychają, kryją już przy jednej warstwie. Oba mają mocno iskrzące wykończenie o lekko metalicznym połysku, które jednak bardziej jest widoczne w przypadku pomarańczy. Kobalt jest nieco subtelniejszy, jakby welurowy. W dotyku są dosyć szorstkie jednak z czasem powierzchnia się "wyciera" i staje gładsza. Co je różni? Konsystencja. Pomarańcz jest rzadki, ale nie zalewa skórek, świetnie się go nakłada, natomiast kobalt jest gęstszy, bardziej ciągnący, może sprawiać trudności i przez to nakładać się nierówno. Niemniej jednak efekt jaki daje wart jest zachodu :)





Przypadły Wam do gustu?

Bardzo podobają mi się piaski od Misslyn, mają świetną pigmentację i wykończenie. Są bliźniaczo podobne do lakierów Zoya z kolekcji Pixie Dust Summer. Wg mnie pomarańcz to idealny zamiennik Beatrix, a kobalt jest niemal identyczny jak Liberty.

Pozdrawiam Was mocno i piaskowo :)
E.

niedziela, 2 czerwca 2013

Ale ten czas leci!

źródło: www.google.pl/images 

Okazuje się, że "Tęczowa Banieczka" ma już pół roku! Nawet nie wiecie jak się cieszę :) Myślałam, że popiszę sobie parę miesięcy i odpuszczę, a tu mija pół roku i wciąż mi się chce! Mimo, że blogowanie nie okazało się tak prostą sprawą na jaką wyglądało, bo przecież trzeba zrobić zdjęcia i je obrobić, napisać sensowną notkę zawierającą wszystko co chciało się napisać i jeszcze okrasić ją odrobiną humoru, żeby milej się czytało :) I nagle to zajęło cały mój wolny czas, ale nie narzekam, bo przecież robię to nie tylko dla siebie ale również dla Was - moich Czytelników.

I z tego miejsca chciałabym Wam podziękować za to, że jesteście ze mną, że czytacie, komentujecie, zaglądacie do kolorowego świata "Tęczowej Bańki" :)

Pokusiłam się przy okazji tego małego jubileuszu o małe podsumowanie dotychczasowej bytności "Bańki" w blogosferze:

Obserwatorzy: akurat na okrągłe 6 miesięcy działania jest Was już 80!


Liczba odwiedzin: "Tęczowa Banieczka" gościła na Waszych monitorach już ponad 10 500 razy!


Komentarze: do tej pory zebrałam blisko 1 000 komentarzy (dokładnie 927).

Najpopularniejsze posty (wg liczby wyświetleń):
1. Timotei with Jericho Rose - Głęboki Brąz - szampon do włosów - mój ulubieniec 2012
2. Inglot Nightlife Collection
3. Świeżo Malowane Poniedziałki - Sandwich Mani
4. GLOSSYBOX - luty 2013
5. Wiosna nadchodzi wielkimi krokami - zapowiedzi wiosennych kolekcji makijażu (cz. II).

W takim razie zapraszam Was na kolejne półrocze i w ogóle na kolejne lata blogowania z "Tęczową Banieczką" :)

Pozdrawiam!
E.

piątek, 31 maja 2013

Walczyłam niczym lwica, ale zdobyłam co chciałam!

Z kilkoma zadrapaniami (od pazurów), siniakami (głównie w okolicy kolan - od koszyków), garścią wyrwanych włosów i masą wspaniałości przeżyłam 40% obniżkę w Rossmannie. To już druga taka akcja, pierwszą nieco przegapiłam, kupiłam jedynie brązer Bourjois, który mnie okrutnie rozczarował, więc tym razem postanowiłam zdobyć kilka smakowitych kąsków i rozłożyłam sobie zakupy na kilka "nalotów". Pierwsze moje spostrzeżenie, to że tym razem Ross lepiej przygotował się do szturmu rozentuzjazmowanych i oszalałych kobiet, półki uginały się od kolorowych mazideł i tych do pielęgnacji twarzy, czego jednego dnia brakowało, następnego było uzupełnione. Spostrzeżenie numer 2 to: przy następnej takiej promocji odwiedzam Rossmanna o 7 rano i ani minuty później :)

No, to wstęp mamy za sobą, czas przejść do części poświęconej łupom wojennym (dosłownie). Postawiłam na kolorówkę, choć dla porządku i uspokojenia sumienia pielęgnacja również trafiła do koszyka. To lecimy:


Bourjois - rozświetlający peeling do twarzy,
Rimmel - lakier do paznokci z serii Salon Pro w kolorze Ultra Violet,
Maybelline - cienie do powiek Diamond Glow w kolorze 01 Purple Drama.


Rimmel - lakier do ust Apocalips w kolorze Apocaliptic,
Maybelline - pomadka do ust Super Stay 14hr Lipstick w kol. 160 - Infinitely Fuchsia i 430 - Stay With Me Coral.

Całość wygląda tak:


Zaszalałam, nie przeczę, ale 40% zniżki piechotą nie chodzi :D

środa, 29 maja 2013

Recz o skutecznym doprowadzaniu mnie do szału...

Dzisiaj, przy okazji kolejnej wizyty i zakupów w Rossmannie, dostałam piany na ustach kiedy z szafy Rimmela musiałam wyciągać najgłębiej upchaną sztukę Apoocalips, ponieważ wszystkie egzemplarze z przodu były pootwierane! No szlag mnie trafił, krew zalała (a wiedzieć musicie, że dziewczę ze mnie nerwowe) i mimo, że obiecałam sobie nie wylewać nigdy żółci na blogu, dzisiaj jestem zmuszona swoje żale wylać i upuścić nieco jadu, bo nie wytrzymam!

Grzebiąc przy błyszczykach i jednocześnie będąc trącaną koszykiem, a to w kolano, a to w szacowne moje litery cztery, poza wrzaskiem na usta cisnęły mi się dwa pytania: Czy słowo "przepraszam" jako takie zostało wykreślone z języka polskiego? i drugie: Gdzie do cholery podziała się kultura?

Kwestia 1: Tester. A co to takiego?

Tak sobie myślę czy ludzie w ogóle zdają sobie sprawę z tego, że zachowują się niejednokrotnie gorzej niż ludzie pierwotni?! Przykład? Proszę bardzo. Nie dalej jak dwa dni temu, również będąc w Rossmannie, sięgnęłam po pomadkę (z góry wiedziałam jaki kolor i jakiej marki). Capnęłam ją czym prędzej, bo na plecach leżała mi już jakaś otumaniona promocją kobieta. Idę z nią do kasy, tzn. z pomadką, nie z kobietą, ale coś mnie tknęło i przyjrzałam się jej bliżej, patrzę, że skuwka jest niedomknięta, otwieram. I co zastaję? Pogryzioną pomadkę ze śladami zębów i powbijanych pazurów!! Nie wiem jak Wy, ale ja za szminką na zębach nie przepadam, a jeśli ktoś chciał się pożywić to polecam raczej pączka lub ewentualnie zdrową opcję - jabłko. WTF! I uwierzcie mi, że to nie była pierwszy raz kiedy zastałam szminkę w takim stanie. Testery były do każdego produktu i do każdego koloru, więc tym bardziej jest to dla mnie niezrozumiałe. Tak ciężko rączką sięgnąć po opakowanie z napisem TESTER?! Jak widzę jak klientki drogerii/perfumerii macają wszystko, co popadnie, to mam ochotę złapać za wiecheć kłaków na łbie i na kopach wynieść ze sklepu! No ja tego nie pojmuję i chyba nigdy nie pojmę, jak można zmacać dajmy na to pięć pomadek i wybrać ostatecznie szóstą, nieskalaną choćby spojrzeniem, o dotknięciu nie wspominając. Zawsze, ale to zawsze sięgam po testery, po coś zostały wymyślone i apeluję do "Palców Grzebalców" - zaprzestańcie macania i wtykania łap, pazurów, zębów do wszystkiego co stoi na półkach, ktoś chce kupić świeży produkt, nie z waszymi zarazkami i bakteriami w środku! A jak zmacasz to weź to co zmacałaś/eś, a nie odkładaj. O pół paczki zjedzonych cukierków, które kupiłam (tak wypchanej papierkami, że nikt by się nie zorientował, że połowy nie ma), lub spróbowanym napoju pisać Wam nie będę, bo mi ciśnienie skoczy do mniej więcej 230.

Kwestia 2: Porządek na półkach.

Miałam taki epizod w życiu, że pracowałam w handlu i to jest naprawdę ciężki kawał chleba, a w szczególności kontakt z klientem. O swoich perypetiach pisać Wam nie będę, ale wiem jak ci ludzie w tych sklepach są umordowani i co znaczy nawet jedno miłe słowo, uśmiech, czy drobna pomoc ze strony klienta. Kiedy wchodzę do sklepu (dajmy na to H&M, drogeria, supermarket) mam ochotę krzyczeć, kiedy widzę ciuchy, kosmetyki czy produkty spożywcze pieprznięte jak komu pasuje. Ludzie chyba nie mają świadomości, że kiedy wrota Bram Niebieskich (czytaj galerii handlowej) o 22.00 zostaną zamknięte dla spragnionych wrażeń klientów, ktoś w tych sklepach zostaje i sprząta cały ten burdel! Ten ktoś, to masło rzucone na pieluchy musi przełożyć, ciuchy zmiędolone na stercie w przymierzalni musi poskładać i odwiesić, pomieszane pasty do zębów na nowo poustawiać. Kiedy kupuję ciuchy zawsze zdejmuję je z wieszaków i najpierw w kasie poddaję wieszaki a potem ciuchy, czy kiedy coś przymierzam, to w 99% odnoszę na miejsce, a jak w tym 1% mi się nie chcę, to odwieszam na wieszak w przymierzalni. W supermarketach kiedy biorę coś zapakowanego w pudło np. kawy Dolce Gusto pakowane w kartonie po 3, zawsze biorę dodatkową pojedynczą sztukę żeby kasjerowi było łatwiej naliczyć, niż szarpać się z tekturą, a jak stwierdzę, że masło mi nie potrzebne, to nie odkładam go na plastikach gdzie jestem, tylko lecę z powrotem do lodówki. I naprawdę zdarzyło mi się w takich przypadkach najpierw zobaczyć zdziwienie, a potem usłyszeć szczere: dziękuję! I to jest bezcenne.

Kwestia 3: Kultura osobista.

Mam wrażenie, że żyję w świecie, który zapomniał co to uprzejmość, grzeczność, generalnie kultura. Kocham po prostu, kiedy ktoś w kolejce tłucze mnie po nogach koszykiem, albo wjeżdża w cztery litery wózkiem, jakby to cokolwiek miało przyspieszyć. Leci ta gawiedź przed siebie, na nic nie zważa, potrąci, uderzy, na nogę nadepnie i nawet "przepraszam" nie powie. Dramat! Uwielbiam też jak np. zastawi całą/całym sobą i wózkiem półkę i czyta skład wody mineralnej, a Ty chcesz capnąć ulubiony ser żółty i takiemu delikwentowi między nogami albo pod pachą musisz się przecisnąć, bo za nic w świecie się nie przesunie, nawet jak najpierw powiesz "przepraszam" a potem płynnie przejdziesz do "spieprzaj dziadu". Nic, stoi i się nie ruszy. (Tak właśnie miałam dzisiaj w Rossmannie, myślałam, że mnie coś trafi). Ubolewam nad takim zachowaniem, liczy się tylko własny interes, nie ma miejsca dla drugiego człowieka :(

Ech... Ulałam "nieco" jadu, musicie mi to wybaczyć, ale wydaje mi się, że jest to ważna kwestia. Niby nic, ale to potrafi uprzykrzyć życie, i staram się mieć gdzieś z tyłu głowy słowa: "nie rób drugiemu, co tobie niemiłe" a codziennie spotykam się z wręcz odwrotną postawą. I to mnie boli, bo nie tak zostałam wychowana, nie tego mnie uczono i czasem naprawdę mam problem z odnalezieniem się w takich sytuacjach. Oglądałyście "Dzień Świra" z rewelacyjnym Markiem Kondratem? Ja się czuję właśnie tak, jak brawurowo odgrywany przez niego Adaś Miałczyński.

Ciekawa jestem Waszych opinii i zakupowych "przygód".

Dla poprawy humoru idę pooglądać sobie moje Rossmannowe zakupy :) Chcecie post ze wszystkimi zdobyczami, czy macie już dość sprawozdań z polowań na 40% promocji?

Pozdrawiam Was ciepło!
E.

poniedziałek, 27 maja 2013

Świeżo Malowane Poniedziałki - Sandwich Mani

Cześć!

Dzisiaj przybywam do Was z szybkim postem. Nie miałam pomysłu na mani i postanowiłam sięgnąć do pomysłu, który od dawna chodził mi po głowie, czyli sandwich mani :) Rzecz prosta, szybka i efektowna, świetna na czas kiedy opuszcza nas wena. Do mojej kanapki wykorzystała L'Oreal Color Riche nr 202 Marie Antoinette oraz pokazywaną już wielokrotnie na blogu Polkę.com :)


Najpierw na paznokcie nałożyłam jedną warstwę Marii Antoniny, potem pokryłam ją Polka.com, a tą z kolei jeszcze raz pomalowałam "maryśką". Mani wg mnie jest lekkie, wesołe, takie z przymrużeniem oka, idealne na poprawę humoru :)



Wybaczcie małą ilość zdjęć i ich wątpliwą jakość, ale przy takim świetle, a raczej przy jego braku, zrobienie ładnych zdjęć graniczy niemalże z cudem.

U Was też tak leje jak z cebra? Czuję się jak w listopadzie :(

Pozdrawiam Was ciepło!
E.

niedziela, 26 maja 2013

Truskawka z wanilią - odżywczy duet od Rival de Loop

Jakiś czas temu postanowiłam ponownie włączyć do swojej pielęgnacji maseczki do twarzy. Swego czasu używałam ich dość namiętnie by później zrezygnować z nich całkowicie bez większego powodu. Ale zima była długa i mroźna, wiatr i ogrzewanie dały mojej cerze mocno "w kość" i sam krem nie wystarczył. Podreptałam więc do Rossmanna i poszperałam w saszetkach z maseczkami i wybrałam odżywczą Rival de Loop - truskawka z wanilią. Opcję z saszetkami uważam za bardzo wygodną, możemy swobodnie wypróbować produkt, a kiedy nam się nie spodoba sięgnąć po inny nie martwiąc się, że pełnowymiarowa tubka/butelka stoi i się marnuje.


Producent obiecuje, że maszeczka poza odżywieniem naszej skóry (skład: Skład: Aqua, Glycerin, Decyl Oleate, Dicaprylyl Carbonate, Glyceryl Stearate Citrate, Glyceryl Stearate, Butyrospermum Parkii Butter, Cetearyl Alcohol, Prunus Amygdalus, Dulcis Oil, Zea Mays Germ Oil, Tocopheryl Acetate, Phenoxyethanol, Panthenol, Dimethicone, Propylene Glycol, Carbomer, Xanthan Gum, Ethylhexylglycerin, Parfum, Fragaria Vesca Fruit Extract, Sodium Hydroxide, Disodium EDTA, Vanilla Planifolia Fruit Extract, Lecithin, Ascorbyl Palmitate, Benzyl Benzoate, Benzyl Alcohol, Potassium Sorbate, Pantolactone, Glyceryl Oleate, Sodium Benzoate, Citric Acid, Benzyl Cinnamate, CI 16035, CI 15510, CI 42090 - źródło) poprawi nam humor, a to wszystko za sprawą zapachu łączącego w sobie soczystą truskawkę i  słodką wanilię. Czy maseczka poprawiła mi humor tego nie wiem, natomiast faktycznie ślicznie pachnie. Jest to zapach delikatny, nie drażniący, bardzo przyjemny i  mnie kojarzy się z zapachem truskawkowej Mamby :D

Konsystencja jest bardzo przyjemna, maseczka ma postać gęstego kremu o lekko różowym kolorze, który dobrze rozprowadza się na skórze, pozostawiając na niej cienką, lekko tłustą powłokę.



Pierwsze podejście do maseczki było średnio udane, nałożyłam ją na buzię po oczyszczeniu twarzy żelem peelingującym i po około 15 minutach zmyłam ciepłą wodą  i nałożyłam krem na noc. Owszem skóra była miękka jednak na policzkach pojawiły się suche placki. Kilka dni później dałam jej jeszcze jedną szansę, ale tym razem jej nie zmyłam, po 15 minutach od nałożenia wmasowałam ją w skórę, a na policzki nałożyłam odrobinę kremu i rano wstałam z mięciutką, gładką i promienną skórą. Używam jej już od kilku tygodni co 3-4 dni  i jestem bardzo zadowolona z efektów, skóra stała się bardziej sprężysta, mniej skłonna do przesuszeń i podrażnień. Nie pojawiły się po niej żadne niespodzianki.

Polubiłam się z truskawkowo-waniliowym duetem i już zrobiłam zapas kolejnych saszetek. 8 ml. połówka saszetki starcza mi na 3-4 użycia, a cena to 1,69 zł za opakowania 2x8 ml. Na trwającej teraz w Rossmannie 40% promocji  na makijaż i pielęgnację twarzy maseczkę można dostać za zawrotne 0,99 zł.

Próbowałyście tego owocowo-słodkiego duetu? Które saszetkowe maseczki polecacie?

poniedziałek, 20 maja 2013

Świeżo Malowane Poniedziałki - WYDANIE SPECJALNE - Golden Rose Holiday nr 62 i nr 55

Dzisiejszy post z cyklu Świeżo Malowane Poniedziałki będzie wyjątkowy z dwóch powodów. Po pierwsze zaprezentuję Wam dwa lakiery w dwóch różnych mani, po drugie w poście wystąpi Gość Bardzo Specjalny, ale to za chwilę, zacznijmy od początku :)

Odkąd na rynku pojawiły się piaskowe lakiery Golden Rose Holiday (czyli jakieś dwa tygodnie temu?) w blogosferze dosłownie zawrzało. Zobaczyłam kilka pierwszych "słoczy" i nie myśląc zbyt długo pognałam niczym Struś Pędziwiatr do osiedlowej drogerii w celu przygarnięcia kilku sztuk. Radość z zakupu była ogromna, ciekawe, nietuzinkowe kolory i cena - 13 zł! Przygarnęłam na początek dwie sztuki - nr 58 i 62, by za kilka dni przytulić jeszcze nr 55, a dzisiaj moja Mama przytachała do domu kolejną buteleczkę, opatrzoną numerem 59. Powiem Wam jedno, jeśli się jeszcze zastanawiacie nad kupnem piasków GR, to czym prędzej przestańcie i zaopatrzcie się w chociaż jeden egzemplarz, ponieważ lakiery są po prostu wyśmienite!

Buteleczka (kształtem przypominająca tą od lakierów Belle) mieści 11,3 ml lakieru, który na naszych paznokciach zamienia się w cukrową posypkę. Pędzelek jest średniej grubości, idealnie przycięty i elastyczny, bardzo dobrze operuje się nim po płytce paznokcia. Lakier ma dość rzadką konsystencję, jednak nie zalewa skórek, do krycia wystarczy już jedna warstwa, ja dla spotęgowania efektu nałożyłam dwie. Lakier wysycha szybko na piękny iskrzący mat :) Piaskowa struktura jest delikatna, dosyć gładka w dotyku, nie zaczepia o ubrania.

Najpierw pokażę Wam Golden Rose Holiday nr 62, który z miejsca stał się moim ulubionym i wiem, że często będzie gościł na moich paznokciach. To malinowy róż z mnóstwem fioletowych drobinek, który w buteleczce wyglądał ładnie, ale dopiero po nałożeniu go na paznokcie stała się magia. Fioletowe drobinki  na paznokciu nie są tak widoczne jak w butelce, ale nadały malinowej bazie niesamowitej głębi, kolor jest wielowymiarowy, połyskuje taką lekką fioletową poświatą. Mówię Wam cud, miód, orzeszki, cały czas patrzę na swoje dłonie.






I jak Wam się podoba? Ja jestem nim totalnie oczarowana :D

A teraz czas na prezentację koloru nr 55 i Gościa Bardzo Specjalnego.

Golden Rose Holiday nr 55 to mroźny błękit z mnóstwem srebrnego brokatu. Jest dużo bardziej roziskrzony niż jego malinowy brat, ale równie urokliwy. Bardzo podoba mi się ten odcień błękitu, chłodny, połyskujący i bardzo orzeźwiający :)



W tym tygodniu obchodzimy wyjątkowe święto - Dzień Mamy :) Uważam, że jest to jeden z najpiękniejszych dni w roku. Wiem, że nasze Mamy kochamy cały rok, ale cieszę się, że w kalendarzu jest dla nich specjalnie zarezerwowany dzień, dzień w którym możemy pokazać jak bardzo są dla nas wyjątkowe. To mamie zawdzięczam, że jestem tutaj z Wami, ona zaraziła mnie mani manią  i przede wszystkim wspiera mnie w prowadzeniu bloga. Cieszy się kiedy niemalże z nabożną czcią wspominam jej o kolejnych obserwatorach, albo podsuwa nowości kosmetyczne i mówi z rozbrajającym uśmiechem: no przecież musisz coś pokazać na blogu :D Dlatego kiedy podetknęła mi dzisiaj pod nos swoje pięknie pomalowane pazurki i z nieśmiałością dziewicy orleańskiej spytała jak prezentowałyby się na blogu, nie zastanawiałam się długo i zrobiłam jej zdjęcia :D Chociaż tak mogę się jej odwdzięczyć za to, że wspiera mnie w mojej małej pasji :D

Przedstawiam Wam dzisiejszego Gościa Bardzo Specjalnego - Moją Kochaną Mamę (a raczej jej dłonie i piękne paznokcie) dumnie prezentującą kolor GR Holiday nr 55.




Ile ja bym dała, żeby mieć takie paznokcie!! Ale ze swoimi nauczyłam się żyć i nawet się lubimy ;P

I co wybieracie - gorącą malinę czy mroźny błękit?

sobota, 18 maja 2013

Pianki Marshmallow i soczysta truskawka, czyli jak zrobiłam interes życia

Dawno, dawno temu, dokładnie tutaj, na początku mojej przygody z blogowaniem, podzieliłam się z Wami jedną z moich obsesji, czyli nałogowym kolekcjonowaniem cieni L'Oreal Color Infaillible. Mam już ich tyle, że nawet nie podchodzę już do szaf francuskiego potentata bo i po co? Posiadam wszystkie kolory, na których mi zależało. Ale przecież jest blogosfera, Ewcia zagląda tu i tam, podgląda kto co prezentuje i tak się złożyło, że na blogu Atqi dojrzałam cień, na widok którego oczy zaświeciły mi się jak dwie gwiazdy w Alei Sław w Hollywood :D Paluszki i Google poszły w ruch i okazało się, że cień pochodzi z zeszłorocznej, limitowanej letniej kolekcji L'Oreal Miss Candy, która o ile pamięć mnie nie myli w Polsce nie doczekała się swojej premiery. Jak już wiedziałam na czym stoję, zalogowałam się na stronie kolejnego mojego internetowego przyjaciela - Allegro i wpadłam jak przysłowiowa śliwka w kompot. Znalazłam nie tylko ten upragniony odcień ale i mnóstwo innych i jak jeszcze zobaczyłam, że cena za pojedynczy cień to niecałe 12 zł mój rozum oszalał! Na szczęście się opamiętałam i przygarnęłam dwie sztuki: upragniony Naughty Strawberry i żeby truskawka nie czuła się w paczuszce samotna, zamówiłam jeszcze Sassy Marshmallow. Za dwie sztuki cieni plus koszty przesyłki zapłaciłam około 33 zł czyli mniej niż za pojedynczy cień w Rossmannie :D To się nazywa interes, tanio i jeszcze w kolorach, których w naszym kraju poza internetem nie uświadczysz.



bezpośrednio w słońcu

bezpośrednio w słońcu

036 Naughty Strawberry to śliczny, intensywny, fuksjowy róż. Kolor tyle ryzykowny (podkreśla zmęczenie oka, ale od czego jest czarna kreska) co piękny. Różowych cieni w swojej kolekcji mam niewiele, ale ten mnie urzekł swoją słodkością i soczystością. Delikatnie roztarty daje subtelną różową poświatę, wklepany opuszkiem palca staje się intensywny i wyraźny.


w świetle naturalnym

032 Sassy Marshmallow kupiłam raczej z konieczności posiadania czegoś nowego niż faktycznego zachwytu nad kolorem, ot taki trochę niebieski szaraczek, jednak w rzeczywistości spodobał mi się jeszcze bardziej niż zadziorna truksawa. Ciężko mi opisać kolor, raz jest błękitny, raz srebrzysty, za chwilę staje się szary by za kolejną stać się lekko miętowy. Mówię Wam, cudo! Kolor kameleon i to właśnie jego zmienność sprawiła, że pokochałam go miłością wręcz szaleńczą. Niestety okazał się niewdzięcznym obiektem do fotografowania, na oku mój aparat wyłapał jedynie jego srebrzystość :(


w świetle naturalnym

Swatche:

w świetle naturalnym

bezpośrednio w słońcu

Pomyślałam sobie, że zrobię Wam niespodziankę i prezentowanymi cieniami zrobię makijaż i wstawię na bloga, żebyście mogły same ocenić jak prezentują się one na oku. Jednak uprzedzam, że mistrzynią makijażu (niestety) nie jestem, starałam się jak mogłam, a wyszło jak wyszło, ostatecznie nie jest źle. Niestety przy głęboko osadzonym oku makijaż nie jest łatwy, a gdy jeszcze dodatkowo ma się opuchnięte powieki, to makijaż staje się wyzwaniem.



Jak widzicie, przy truskawce moje tęczówki stały się nieziemsko niebieskie, a przy Sassy Marshmallow złapały nieco zieleni, a tak naprawdę są szare :D

Jak Wam się podobają smakowitości od L'Oreal? Lubicie cienie Color Infaillible?

PS. Uprzedzając pytania, Sassy Marshmallow z pełną świadomością kupowałam jako tester, informacja była zawarta w opisie aukcji. Cienie są świeże i ważne do 2015 r.